Wkrótce po tym jak zakończyła się batalia młodych o indeksy prasa wyciągnęła sprawę doradców min. Spraw Wewnętrznych , Bartłomieja Sienkiewicza- dwóch nieopierzonych młodzieńców, bez stażu , a nawet jeszcze bez dyplomu. Zapachniało nieładnie, bo skojarzenie „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie pomagiera” wprost się cisnęło na myśl. W istocie sprawa wyglądała nawet gorzej , bo jeśli wtedy, po wojnie takie awanse można było usprawiedliwić wysoce dokuczliwym brakiem kadr kwalifikowanych to obecnie , gdy na rynku pracy kłębią się tłumy utytułowanych , dla takiego gospodarowania zasobami ludzkimi trudno o zrozumienie . Wielu odczytało gest ministra jako wręcz obraźliwy dla nauki, a tego się nie wybacza nawet ministrom.

Należymy do tych narodów gdzie ranga nauki jest niezwykle wysoka i np. profesor w rankingu zawodów lokował się najwyżej, nawet w czasach gdy sam prezes Polskiej Akademii Nauk, prof. Janusz Groszkowski, przyznawał, że odsetek idiotów wśród profesorów nie odbiega od tego dla całej populacji ( dziś jest on zapewne wyższy, zważywszy że i odsetek profesorów w społeczeństwie jest nieporównanie większy dzięki przemianom jakie się dokonały na polu nauki i edukacji). Szacunek dla nauki , wiara w jej moc, dotyczy w istocie wszystkich pokoleń, nawet tych, których pierwszy z nią kontakt przypadł na czas, gdy pełnym blaskiem świeciła na jej firmamencie Olga Lepieszyńska, cuda czynił na poletkach doświadczalnych Trofim Łysenko; w sadach zaś Iwan Miczurin, a akademik Cicin krzyżował perz z pszenicą , uzyskując kilkanaście kłosów z jednego źdźbła.

Dziś wysoki prestiż nauki owocuje m.in. niezwykłą podażą tytułów – nawet na scenie nie bawi nas aktor, tylko magister aktorstwa, a zmian pogody nie prognozuje służba meteo tylko placówka naukowa w randze instytutu. Na marginesie: - śledząc owe prognozy w skwarne dni tego lata , bezwiednie wracałem pamięcią do sceny z filmu o lądowaniu aliantów, kiedy to oficer ze służby meteo zwraca uwagę Eisenhowera na niewielki wyż , zabłąkany w prawdziwym oceanie obrzydliwych niżów prognozując, że za jego sprawą pogoda nad Kanałem  poprawi się na czas krótki, ale wystarczający, by przeprawić siły uderzeniowe. Zastanawiałem się co by było, gdyby aliantów obsługiwał wówczas nasz Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej – czy legli by na dnie Kanału, czy stali do dziś na angielskim brzegu.

Gdyby decyzje personalne, o których mowa, podejmował sołtys miałaby prawo prasa nazwać je błędem, a nawet wietrzyć nadużycie. Jeśli jednak czyni to minister i w dodatku szef resortu spraw wewnętrznych , który ma wiedzę szerszą niż zwykły minister, nie należy stawiać ocen pochopnych- taki minister na ogół wie co robi. Analizując motywy, nie od rzeczy – jak sądzę, byłoby na początek przywołać choćby opinię Bismarcka, który był wprawdzie łobuzem, gdy chodzi o nasze sprawy, ale na rządzeniu znał się bez wątpienia . Chodzi o tę jego opinię, że nikt tak skutecznie nie jest w stanie zaszkodzić państwu, jak jego naukowe elity (podawał nawet ilu potrzeba profesorów, aby nawę państwową wywrócić). Jeśli policzyć ilu profesorów ekonomii naprawia od 25 lat naszą gospodarkę i jak ona dziś wygląda, to trudno opinii Bismarcka nie traktować poważnie.. Zagrożenie w naszym przypadku jest tym większe, że profesorów mamy dziś nieporównanie więcej niż Niemcy w czasach Bismarcka i w ogóle nieporównywalna jest moc nauki w ich i naszym życiu . Dziś  o to , czy jesteśmy szczęśliwi rząd pyta prof. Czapińskiego; o to czy „nie kradnii” jest ważniejsze od „nie cudzołóż” - prof. Srodę,  panią prof. Koj o to, czy Władysław Sikorski naprawdę zginął w Gibraltarze …itd.

Być może decyzja min. Bartosza Sienkiewicza jest wynikiem zmęczenia takim stanem rzeczy, podświadomym pragnieniem, by nauka wreszcie poszła do telewizji, a do władzy przyszedł zdrowy rozsądek.

hen