Prawdziwą łyżką dziegciu w naszej beczce miodu, okazała się informacja podana przez prasę na początku wiosny o miejscu, jakie Polska zajmuje w Unii Europejskiej pod względem innowacyjności. Oto my, zielona wyspa rozwoju na europejskim morzu recesji, dumny współorganizator udanych igrzysk EURO 2012, ważny element Trójkąta Weimarskiego, pod względem innowacyjności zostaliśmy sklasyfikowani na czwartym miejscu od końca przed Rumunią, Bułgarią i Łotwą. Jest to niewątpliwie upokarzające i w innych czasach niniejszy felieton miałby na pewno inny ton , ale dzisiaj mamy kryzys za progiem i nie pora się unosić. Ostatecznie innowacyjność to nie cel sam w sobie, a jedynie droga do celu i to nie jedyna, co pozwolę sobie zilustrować pewnym przypadkiem z odległej przeszłości, konkretnie z lat siedemdziesiątych.

Złożyłem wówczas, któregoś dnia, wizytę w Instytucie Przemysłu Mięsnego, aby namówić na wspomnienia z czasów okupacji, pracującego w nim doc. inż. Adama Borysa, który  jako oficer rezerwy, cichociemny, był organizatorem i dowódcą słynnego batalionu „Parasol”. Do wspomnień wojennych profesor się jednak nie palił ( polecił mi Piotra Stachiewicza, byłego podkomendnego, pracującego akurat nad monografią oddziału) zaproponował natomiast rozmowę na temat wybitnych osiągnięć Instytutu w okresie tuż powojennym, dzięki którym udało się m.in. polskiej szynce wejść na trudny rynek amerykański. Stanąłem wobec dylematu, czy wypada pisać o innowacjach, chwalić się postępem w sytuacji, gdy po kawałek kartkowej kiełbasy, w dodatku nadzianej w połowie kaszką sojową, trzeba stać w długiej kolejce. Ostatecznie zwyciężyła szara rzeczywistość, a innowacje musiały pozostać na dalszym planie. W skali o wiele szerszej powtórzyła się ta sytuacja po obaleniu komunizmu- też ambicje musiały ustąpić miejsca szarej rzeczywistości. Laboratoria ustąpiły miejsca powierzchniom biurowym, instytuty zmieniły w banki i markety…zdecydowaliśmy się trzymać wróbla w garści, zostawiając w spokoju gołębia na dachu. Uznaliśmy, że to, co nam potrzebne za granicą już wymyślono- zresztą po co nam były innowacje skoro przemysł szedł hurtem na sprzedaż.. Nie oznaczało to bynajmniej, że zdechła cała myśl twórcza- ona się jedynie przeniosła na sąsiednie sektory, zmieniła pola operacji.

Takiego np. wysypu innowacji jaki nastąpił wówczas w prawie nie było chyba nigdy w historii . Dzięki temu mamy dziś takie jego bogactwo, że na każdego człowieka można bez trudu znaleźć nawet po kilka paragrafów i vice wersa (co wykazało choćby ostatnie wystąpienie Rzecznika Praw Obywatelskich)- to, że sąd jest po jednej stronie, nie znaczy, że sprawiedliwość nie może być po naszej. Niezwykle sprzyjające warunki znalazła myśl twórcza wśród ekonomistów, którzy się w tym czasie stali zawodem prawdziwie wybranym. Od czasu, gdy Krzysztof Teodor Toeplitz ( wnikliwy przecież obserwator rzeczywistości, co wykazał „Czterdziestolatek” jego autorstwa) napisał, że w Polsce na ekonomistów brało się zawsze największych jełopów , w środowisku dokonał się przełom wręcz fantastyczny. Dziś , choć niejednego z czołowych ekonomistach można nazwać bufonem, to raczej żadnego - jełopem. Nawet sprzedaż Kolumny Zygmunta w Warszawie uznawana przez lata za szczytowy wyczyn ekonomicznego geniuszu blednie w miarę, jak spadają kolejne zasłony na misternym dziele Otwartych Funduszy Emerytalnych. Szczególnie aktywna okazała się myśl twórcza w sferze społecznej , gdzie innowacje mnożą się jak króliki. Ile np. tylko w tym sezonie, zrobiono dla zrównania płci. Sejm praktycznie udowodnił, że jedna płeć wcale nie musi być silna, a druga  słaba; jedna brzydka, a druga piękna. 

Wbrew temu co, można byłoby sądzić na podstawie unijnych badań, w Polsce jest dziś klimat niezwykle sprzyjający twórczemu myśleniu. Na pewno dobrze służy innowacyjności m.in. to, że koncentrując przez lata potencjał budowlany na biurach, bankach, drogach i stadionach kompletnie zaniedbaliśmy budownictwo penitencjarne. Dziś trudniej się dostać do wiezienia niż na politechnikę przed reformą szkolnictwa, co myślom twórczym daje niezwykły luz. hen