Czuję się jakoś dziwnie, bo zamierzam ponownie pisać o winie kosztującym kilkaset złotych za butelkę - i to w czasach, kiedy 90% polskiego rynku wina przypada na trunki o cenie poniżej 20 zł. Ale cóż - 20-złotowe Barolo z Biedronki czy kompotopodobne Liebfraumilch z Reala mi nie smakują, a Sassicaia owszem!

Jest już regułą, że za każdym wyjątkowym winem stoi jakaś legenda - to i za Sassicaią musi. A więc było tak ...

Dawno, dawno temu, za 7 górami i 7 rzekami, a dokładniej rzecz biorąc pod koniec II. Wojny Światowej w Toskanii, która była już podówczas ojczyzną wielu znakomitych win, pojawił się markiz Maerio Incisa della Rocchetta, wielki znawca win z Bordeaux - i postanowił się tam osiedlić, w posiadłości San Guido nad Morzem Śródziemnym. Jako że kochał Bordeaux, posadził w swej posiadłości (początkowo głównie z myślą o produkcji wina na własny użytek) kilka sadzonek podarowanych mu przez właściciela słynnego bordoskiego Chateau Latour. Nie baczył przy tym na to, że okolice San Guido nie miały wcześniej żadnych tradycji winiarskich.

Winnica z czasem zaczęła się rozrastać, ale początkowo wina wychodziły z niej różne i upłynęło sporo czasu, zanim o Sassicai - bo tak w końcu nazwano wino z San Guido - zaczęto mówić lepiej. Przez pierwsze 15 lat od posadzenia winnicy przez markiza della Rocchetta z oryginalnym, kompletnie nietypowym jak na Toskanię smakiem jego win mogli się zapoznać tylko jego najbliżsi. Dopiero w latach 60-tych syn markiza Nicolo namówił ojca do rozbudowy winnicy i szukania dla win zewnętrznego rynku zbytu.

Tu pojawił się jednak pewien problem. Otóż, reguły apelacyjne Toskanii, gdzie w końcu leży ta winnica, nakazywały robienie wina głównie z Sangiovese. Sassicaia nie mogła i nie chciała ich spełnić. Właścicielom San Guido nie pozostawało nic innego, jak zdeklasować swoje wino do najniższej kategorii "wina stołowego" i sprzedawać je jako takie, choć za wcale nieniską cenę, adekwatną do jakości. Pierwszym sprzedawanym na zewnątrz rocznikiem Sassicai (która zresztą jeszcze się wtedy wcale tak nie nazywała) był rocznik 1968. Wino zachwycało (uznano je np. za najlepszego caberneta świata w 1975 r.) i stało się świetnym symbolem kreatywności włoskiego winiarstwa. Trzeba było tylko coś zrobić z tym okropnym napisem "vino da tavola" na etykiecie, kompletnie nie pasującym do jego jakości i ceny.

W sukurs przyszli inni toskańscy winiarze, nie chcący się poddać rygorom apelacji, a produkujący świetne wina. Ich trunki nazwano z czasem "super-toskanami", a chwilę później stworzono dla nich - i dla wszystkich innych "łamaczy reguł", nie tylko w Toskanii - kategorię IGT (Indicatione Geografica Tipica), w której wina muszą tylko pochodzić z danego regionu i nic więcej. Dziś oznaczenie IGT jest we Włoszech równie popularne jak DOC i w przypadku drugiej oraz trzeciej etykiety z San Guido zastąpiło z sukcesem napis "wino stołowe". A co z pierwszą etykietą, czyli tytułową Sassicaią? Otóż, proszę Państwa, to wino wzniosło się na takie szczyty jakościowe, że stworzono dla niego (oraz innych świetnych z okolicy) osobną apelację Bolgheri DOC - i problem nieprzystawania etykiety do ceny rozwiązał się raz na zawsze.

Dziś Sassicaia, uważana za wino dorównujące najlepszym wyrobom francuskim, kosztuje w Polsce ok. 800 zł; przed 6 laty, kiedy kupowałem butelkę tego wina do swojej piwnicy, zapłaciłem za nie (za rocznik 2004) ok. 500 zł.

Ale - jaka właściwie jest ta Sassicaia? Ma styl i umiar, jest znacznie mniej beczkowa i bardziej bordoska niż inne gwiazdy z Maremmy (tak nazywa się tę okolicę). Ma też świeży smak owoców i miękkość jedwabiu, ale proszę nie dać się zwieść - bo to równocześnie wino potężne, bogate i ekstraktywne. A także długie i świetnie ewoluujące w ustach.

Podobnie, jak Vegi Sicilii (pisałem o niej niedawno), Sassicai warto spróbować przynajmniej raz w życiu - czego Państwu życzę!

winny maniak