Może trudno w to uwierzyć, ale mnie naprawdę brakuje prognoz i planów, szczególnie długoterminowych. Zawsze nam towarzyszyły w przeszłości i teraz, gdy na dworze słota, a na świecie kryzys, człowiek niemal fizycznie odczuwa ich potrzebę. Prognozy i plany, szczególnie długoterminowe, są nośnikiem nadziei, a ta, choć się czasem mówi, że jest matką głupich, to przecież jest, przede wszystkim, matką optymizmu. Ile to razy w przeszłości - zarówno dalekiej, jak i bliższej - nadzieja z tych źródeł czerpana niosła nam ulgę, dodawała sił, czasem wręcz uskrzydlała.

Przypomnę choćby sprzed wojny – żeby nie być posądzonym o faworyzowanie PRL-u - ambitne plany wicepremiera Kwiatkowskiego, wizjonerskie programy zjazdu inżynierów we Lwowie, ociekające entuzjazmem reportaże z ówczesnych wielkich budów Melchiora Wańkowicza… Szczególnie jednak plany i prognozy zasłużyły się po wojnie. Kto dziś pamięta np. pieśń skomponowaną ku czci planu 6-letniego („Sześcioletni nasz plan; zaplanował roboty państwowe; sześcioletni nasz plan, myśl potężna w Polsce Ludowej…”)? I plan ten niewątpliwie na pieśń zasłużył. Czasy były wtedy trudne, powojenne… człowiek brał u rzeźnika na dekagramy kości i ochłapy…, ale przynajmniej wiedział dlaczego, bo na wykresach planu 6-letniego rozrysowane miał w szczegółach stan wyjściowy i wzrosty wszelkiej produkcji, usług i dóbr.

Prosiak na wyjściu (rok 1949) był chudy i maleńki (istna nędza, adekwatna do zawartości haków), za to docelowy (na horyzoncie roku 1955) wieprz przodownik, istna góra mięsa. Człowiek miał na talerzu gnaty, ale w perspektywie schabowego jak poduchę. Rozczarowań w zasadzie nie było, a jeśli, to krótkotrwałe - skończył się klapą plan 6- letni, ale z nową nadzieją przyszedł zaraz Władysław Gomułka. Były nowe plany, programy i prognozy długofalowe - była nowa wizja, nowe krzepiące perspektywy. Tak się ukształtowała nasza rzeczywistość, że dwa głównie biły w niej źródła nadziei – plan 5-letni i zmiana ekipy. Jak nie wypalały plany, to odpalała rakieta zmian. Żadnej przy tym ekipie nie można zarzucić braku koncepcji czy programu długofalowego rozwoju. Nawet w okresie stanu wojennego wiadomo było w kręgach rządowych, że przyszłością naszą będzie elektronizacja, informatyzacja i robotyzacja.

Los chciał inaczej i nadzieja nam trysnęła ze źródła alternatywnego - zmian ustrojowych. Zaczęliśmy ją czerpać najwięcej z jednego, głównego źródła, tego mianowicie, że: przyjdzie Unia i wyró…! Dziś są w tym zakresie zawirowania i choć w perspektywie krótkoterminowej mamy na uwadze obiecane unijne 300 mld zł, to w dalszej perspektywie coraz się więcej piętrzy wątpliwości. Znajduje to wyraźne odbicie w mediach i na początku br. temat perspektyw rozwoju lokował się zaraz po związkach partnerskich.

Na przykład w „Newsweeku” Francis Fukujama zwracał uwagę, że „bez innowacji wasza gospodarka stanie w miejscu”. Natomiast w „W sieci” Grzegorz Kostrzewa-Zorbas idąc tym tropem wskazywał, że Polska przeznacza na badania i rozwój tylko 0,77% PKB, czyli wśród dużych państw UE i OECD procentowo najmniej. Wszystko na to wskazuje, że w poszukiwaniu nadziei wracamy na słuszne i pożądane pole postępu naukowo-technicznego, co osobiście z całego serca popieram, choć wiem jak trudna to jest sprawa. Myśli twórczej niełatwo się dzisiaj narodzić - przed wojną wystarczyło trzech młodzieńców, aby zrobić samolot (RWD), obecnie potrzeba do tego trzech państw - a jeszcze trudniej przebić. Jak trudno przebić się twórczości w epoce globalizacji, pokazuje stan bratniej, artystycznej sfery. Gdzie dziś europejska kultura, gdzie piosenka włoska, francuska… gdzie nasze tak niegdyś popularne melodie, gdzie film… Strumienie pieniędzy przeorały wszystko - nawet ludzkie gusty - zmieniły ludzką populację w jednorodną masę, stado oklaskujące nowe szaty króla. Trzeźwo oceniając nasze szanse, jako najbardziej perspektywiczne źródło naszych nadziei wydają się pozostawać - póki co - łupki. hen