Z Tomaszem KOZŁOWSKIM, psychologiem specjalizującym się w interwencji kryzysowej, rozmawia Irena Fober.

- Ciężkie doświadczenia, jakie dotknęły nas podczas kolejnych powodzi, powinny sprawić, że przed następną szkodą będziemy jednak mądrzejsi. Tymczasem schemat zaskoczenia i bezradności się powtarza.
- Najlepszym sposobem na radzenie sobie ze stresem jest umiejętność kontrolowania jego źródła. Dlatego miał rację premier Cimoszewicz, mówiąc podczas powodzi w 1997 r., że trzeba się było ubezpieczyć. Ubezpieczając się, możemy przeciwdziałać technicznym, a tym samym psychologicznym skutkom katastrofy.

Problem w tym, że gdy wszystko jest w porządku, a woda płynie daleko od naszego podwórka, nie myślimy o tym, co może się stać, kiedy woda wedrze się nam do domu, niszcząc dobytek i doszczętnie rujnując naszą wizję przyszłości.

- Słowa premiera były racjonalne, ale – pomijając to, w jaki sposób zostały rozegrane przez polityków – ludzi nie przekonały.
- Często w większym stopniu jesteśmy skłonni dbać o spójność i solidarność grupy społecznej, w której funkcjonujemy i na której nam zależy, niż uwzględniać realne fakty. Zwłaszcza w małych społecznościach ciężko mieć inne zdanie niż większość.

Jeżeli sąsiad sądzi, że Cimoszewicz powiedział źle, a inni, nie analizując faktów, też tak zaczną uważać, bo dbają o spójność swojej grupy, dojdzie do tego kolejny mechanizm, czyli społeczny dowód słuszności - jeżeli wszyscy tak sądzą, to znaczy, że tak jest. W wyniku działania tych dwóch mechanizmów cała społeczność tkwi w błędzie. Ile bowiem kosztuje ubezpieczenie? To nie są duże pieniądze w porównaniu z tym, że ludzie naprawdę tracą cały dobytek, który nieraz zbierali z pokolenia na pokolenie.

- Zapowiedzi meteorologów brzmią jak kronika zapowiedzianej katastrofy, niemal na pewno wiadomo, że przyjdzie wielka woda, a mimo to nawet ludzie, który już kiedyś przeżyli powódź, nie chcą się ewakuować. Dlaczego?
- Mamy skłonność do zaklinania rzeczywistości. Wierzymy, że stanie się cud i woda zatrzyma się tuż przed naszym domem. Potrzebna jest chłodna kalkulacja, żeby obliczyć prawdopodobieństwo zagrożenia, my jednak sądzimy, że jeżeli kataklizm już raz przeszedł przez nasz dom, to wystarczy nieszczęść i więcej nic się nie stanie. Tym razem los już nas oszczędzi, ale to nie jest kwestia losu, tylko hydrosfery.

- No i mamy powódź...
- Wtedy albo człowiek skupia się na emocjach, łapie się za głowę i myśli - Jezu, co ze mną będzie?, albo koncentruje się na zadaniu, zdając sobie sprawę, że skoro nie ubezpieczył się wcześniej, to w końcu nadszedł czas, żeby przeciwdziałać temu, co się stanie. Problem polega na tym, że trudno podjąć decyzję, zanim nie uświadomimy sobie, że jest to już naprawdę ostatnia deska ratunku. Lepiej byłoby, gdybyśmy przynajmniej starali się przewidywać rozwój sytuacji i zdecydowali uciekać zanim woda znajdzie się na naszym podwórku.

- Czy to tylko my, Polacy, podrywamy się do działania dopiero w obliczu zagrożenia?
- Taki mechanizm funkcjonuje wszędzie. Ludzie skupiają się wokół zadania, gdy już się wszystko rozleje, ale wtedy to nie jest kwestia wyboru, lecz konieczności. Pomagają sobie, potrafią się zmobilizować, zwłaszcza w obliczu wspólnego cierpienia, ponieważ rozumieją, czego doświadczają inne osoby. Solidarność jest nieprawdopodobna.

Ale potem woda schodzi i wszystko się kończy. Widzieliśmy to już wiele razy, po śmierci papieża, po katastrofie kolejowej. Wiele przełomowych zdarzeń powoduje, że ludzie, nie tylko Polacy, działają razem, ale w końcu kurz opada i wracamy do normalnego funkcjonowania.

- Powodzianie zostają bez domu, nie mają dokąd wrócić, tracą poczucie bezpieczeństwa. Jak może pomóc im psycholog?
- Bardzo często natychmiast pojawia się sztab psychologów, o czym trąbią media, jednak w pierwszym momencie psycholog nie ma jeszcze stricte psychologicznej pracy. Wtedy trzeba z ludźmi po prostu posiedzieć. W chwili katastrofy i zaraz po niej najważniejsze jest odzyskanie poczucia fizycznego bezpieczeństwa, żeby nie było zimno, żeby ktoś podał ciepłą herbatę, przyniósł koc, żeby można było się schronić.

Na miejscu wypadków często zajmowałem się głównie tym, żeby ci ludzie coś zjedli, poszli do toalety. Oni są tak skupieni na tym, co się stało, że przez wiele godzin zapominają o najbardziej elementarnych potrzebach. Trzeba się nimi zaopiekować jak małym dzieckiem. Ludzie są w szoku, nie dowierzają. Mogą być tak emocjonalnie wycofani, że nic nie będzie do nich docierać, dlatego pierwsze doby po katastrofie, kiedy nieszczęście dosłownie przetacza się przez życie i dom tych ludzi, to nie jest dobry czas na rozmowę, jak zamierzają sobie z tym wszystkim poradzić. Potrzeba rozmowy o tym, co się stało, pojawia się później, czasami dopiero po tygodniu.

W pierwszych miesiącach praca psychologów polega też na tym, by uświadomić ofiarom i świadkom katastrofy, że te wszystkie nienormalne rzeczy, które się z nimi dzieją, są jak najbardziej normalne. I dopiero po paru miesiącach można podjąć próbę zbudowania jakiegoś planu powrotu do równowagi psychologicznej.

To wszystko trwa, czasami trzeba nawet roku, żeby wrócić do normalnego funkcjonowania. Oczywiście, jeżeli ktoś otrzymał pieniądze z ubezpieczenia i szybciej może odbudować swój dom, szybciej osiągnie także równowagę psychiczną – jeżeli ktoś się ubezpiecza, to ubezpiecza nie tylko swój majątek, ale także swoje funkcjonowanie psychologiczne i radzenie sobie z konsekwencjami zdarzenia.

Nieraz zarzuca się mediom, że żerują na ludzkiej biedzie. Ale nagłaśnianie takich historii jest również elementem pomocy psychologicznej, ponieważ bardzo często dopiero w ten sposób ludzie dowiadują się, że mogą doświadczać trudności psychologicznych i szukać pomocy psychologicznej. Ludzie na przykład nie wiedzą, że są narażeni na zespół stresu pourazowego, a jest to choroba, która po cichu wkrada się w życie i rujnuje każdy obszar - rodzinę, pracę zawodową, kontakty towarzyskie. Po prostu w pewnej chwili człowiek stwierdza, że wszędzie przestaje mu się układać, wszyscy zaczynają się go czepiać. I do głowy mu nie przyjdzie, żeby źródła swoich kłopotów szukać w wydarzeniach sprzed roku – w tym, że był świadkiem wypadku samochodowego albo pomagał walczyć ze skutkami powodzi. Nie trzeba bowiem być bezpośrednio dotkniętym przez kataklizm, nie trzeba zostać pozbawionym domu, żeby ponieść takie same konsekwencje psychologiczne, jak osoby, które swój dom straciły.

- Mija rok, woda opada, zainteresowanie powodzianami również.
- Wycofują się firmy, które w świetle kamer chciały się pokazać jako przedsiębiorstwa, które mają taką politykę i misję, że pomagają ofiarom powodzi. Wtedy jednym z głównych filarów wsparcia staje się grupa społeczna.

Badania prowadzone po powodzi w 1997 r. pokazały, że te nastolatki, które dostały wsparcie od rówieśników, miały mniejszą skłonność do zapadania na zespół stresu pourazowego. Grupa społeczna może być lekarstwem dla samej siebie. Ale jeżeli grupa nie skupia się na tym, jak pomagać sobie wzajemnie, lecz działa w oparciu o to, że jest wokół niej dużo zainteresowania, to szybko się rozpadnie. Dlatego trzeba podtrzymywać te grupy. Może się to odbywać w sposób naturalny, jeśli znajdzie się lider, który ma zdolności przywódcze i charyzmę. Ale może to być również „menedżer grupy” – na przykład sołtys, burmistrz albo dzielnicowy, osoba, której z racji usytuowania w hierarchii społecznej ludzie będą słuchać. Jeżeli ten ktoś choćby w ogólnym zarysie rozumie mechanizmy psychologii społecznej, będzie w stanie przedłużyć funkcjonowanie grupy.

- Mamy kolejne lato, oby nie deszczowe. Ale kiedyś znów zacznie padać i znowu dojdzie do katastrofy, bo nadal budujemy na terenach zalewowych.
- W San Francisco jest 90% zagrożenia, że kiedyś w wyniku trzęsienia ziemi zawali się całe miasto, a mimo to ludzie – choć oczywiście mogliby się przeprowadzić - skoro już tam mieszkają, to uważają, że nic im się nie stanie i będą ignorować zagrożenie dopóty, dopóki do niego nie dojdzie.

- Może takie nastawienie pomaga nam normalnie funkcjonować? Nie możemy przecież zapobiec wszystkim katastrofom.
- Możemy jednak zapobiec temu, że będziemy przebywać w miejscu tych katastrof. Wulkany są piękne, ale kto się na nich osiedla? Myślę, że w tym może być też jakaś kalkulacja: wybuduję sobie tutaj dom, bo tak będzie taniej.
Mamy skłonność do racjonalizowania wyborów, czyli znajdujemy jakieś wytłumaczenie podjętej przez nas złej decyzji – postawię dom lżejszy, to będzie stabilny i nic się nie stanie, muszę zadbać o przyszłość rodziny itd. Wymyślimy sobie 20 takich powodów, a wtedy ten jeden, który może wskazywać, że nasz dom może się zawalić, zostanie zracjonalizowany i przygaszony. Poza tym, kiedy już podejmiemy jakąś decyzję i zaczniemy ją wdrażać, trudno nam się wycofać, bo ta decyzja i to, co się dzieje potem, jest w pewnym sensie naszym dzieckiem i nie chcemy się od tego odciąć.

- Zbyt wiele zainwestowaliśmy?
- Chodzi nie tylko o pieniądze, ale również o intelektualny wysiłek, który włożyliśmy w podjęcie tej decyzji i nie chcemy się przyznać, że popełniliśmy błąd. A trzeba powiedzieć – popełniłem błąd. Muszę się więc wycofać, stracić może 10% po to, żeby nie stracić wszystkiego.

- Dziękuję za rozmowę.