Pisano, że zawarł pakt z diabłem. Ale czy człowiek nie ma prawa układać się z wrogiem, jeśli dzięki temu może ocalić tysiące ludzi? Diabelski chichot historii sprawił, że dwa razy nie dostał Nagrody Nobla. Najpierw sam nie chciał, bo ceną było obywatelstwo Rzeszy Niemieckiej. Potem na Nobla nie pozwolił polski rząd.

Rudolf Weigl urodził się 2 września 1883 r. w Przerowie na Morawach i byłby pewnie dzisiaj dumą niemieckiej, austriackiej lub czeskiej nauki, gdyby nie wypadek, który wydarzył się pięć lat później. Rodzina ojca miała w Ołomuńcu fabryczkę powozów. Firma musiała prosperować całkiem nieźle, skoro zaczęła produkować pierwsze samochody Austro-Daimler. Niestety, ojca pociągały również bicykle. Jazda na nowej konstrukcji zakończyła się dla Fryderyka Weigla fatalnie – spadł z wysokiego koła, pozostawiając żonę i troje dzieci. Elsa, z domu Kroesel, wyjechała do Wiednia, gdzie wynajmowała pokoje dla studentów. Jednym z nich był nauczyciel gimnazjum w Jaśle Józef Trojnar, za którego wyszła za mąż.

Kilkadziesiąt lat później, podczas niemieckiej okupacji we Lwowie, Rudolf Weigl powie zastępcy Himmlera, generałowi Katzmanowi, że człowiek raz na całe życie wybiera sobie narodowość. Dorastając w rodzinie dyrektora gimnazjum w Jaśle, a potem w Stryju, Weigl stał się Polakiem z wyboru.

WOJENNE HISTORIE
Studia przyrodnicze ukończył na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, był uczniem m.in. Benedykta Dybowskiego. Zrobił doktorat i habilitację, a kiedy wybuchła pierwsza wojna światowa, zmobilizowano go do austriackiego wojska i przydzielono do pracowni mikrobiologii w szpitalu wojskowym w Przemyślu, kierowanej przez znanego bakteriologa i epidemiologa Filipa Eisenberga. Nie interesowała go gra w karty, do alkoholu wielkiego pociągu nie czuł, pilnie natomiast obserwował wieści z wojskowych lazaretów. W wyniku epidemii tyfusu plamistego zachorowało 120 tys. austriackich żołnierzy. Połowa z nich zmarła, Weigl zaś – ku zaskoczeniu przełożonych – poprosił austriackie Ministerstwo Wojny o przeniesienie na Morawy, do obozu uchodźców i jeńców chorych na tyfus.

Tyfus nie budzi dzisiaj większych emocji. Czasem ktoś szczepi się, wyjeżdżając na dłuższy pobyt w wiejskie rejony jakichś tropikalnych krajów. Ale jeszcze 100 lat temu tyfus plamisty był synonimem śmierci.

Pierwszy opis choroby znaleziono w klasztorze pod Solerno w dokumencie datowanym na 1083 r. Epidemie tyfusu decydowały o losach bitew i zmieniały bieg historii. To zakażone wszy roznoszące tyfus plamisty prawdopodobnie ostatecznie pokonały napoleońskie wojska wycofujące się spod Moskwy w 1812 r. Tylko w rejonie Wilna pogrzebano 30 tys. żołnierzy francuskich. W 1915 r. następujące po sobie epidemie zabiły 150 tys. Serbów, niwecząc plany aliantów szykujących ofensywę od południa Bałkanów.

RIKETSJE OD TYFUSU
W 1910 r. Charles Nicolle odkrył - za co później dostał Nobla - że tyfus plamisty przenosi się przez wszy odzieżowe żywiące się krwią. Z kolei książę brazylijski Da Rocha-Lima zaobserwował, że chorobę wywołuje jeden z wielu zarazków zasiedlających jelito wszy i dla upamiętnienia dwóch badaczy, którzy padli jego ofiarą, Amerykanina Howarda Taylora Rickettsa (zmarł w 1909 r. podczas epidemii w Meksyku) oraz Czecha Stanislausa von Prowazeki (zarażony w szpitalu więziennym zmarł w 1915 r. w Chociebużu), nazwał go Rickettsia prowazekii.

Od czasów Ludwika Pasteura wiadomo, że podając żywe, osłabione lub zabite zarazki można wywołać czynną odporność organizmu na choroby. Problem w tym, że zarazek tyfusu plamistego jest dziwną bakterią, która nie chce dać się hodować na sztucznej pożywce. Weigl badał więc riketsje na pożywce biologicznej, czyli na łatwo zarażającej się tyfusem śwince morskiej. Stężenie zarazków we krwi chorej świnki było wystarczające, by zakazić człowieka, co „udowodnił” własną, bardzo ciężką chorobą. Niestety, okazało się również, iż stężenie to jest zbyt niskie, by można było wyprodukować szczepionkę.
Wtedy - wspomina prof. Tomasz Cieszyński - przyszedł mu na myśl rewelacyjnie prosty, ale szokujący pomysł, aby jako pożywki biologicznej dla riketsji użyć naturalnego przenośnika choroby, czyli wszy ludzkiej. W tym celu należało opanować hodowlę wszy zdrowych, które – jak wiadomo – żywią się ludzką krwią, następnie opracować technikę laboratoryjnego zakażania wszy tyfusem plamistym, a na koniec - technologię produkcji szczepionki z Rickettsia prowazekii z jelita zakażonej wszy.

Hodowlę zdrowych wszy rozpoczął od siebie, umieszczając na skórze klateczki z insektami. Potem karmiła jego żona i współpracowniczka, Zofia z Kulikowskich Weiglowa, później także inni pracownicy.

PRZEZ GAZĘ
Na pomysłową, dzisiaj powiedziałoby się „innowacyjną” technikę zakażania wszy prof. Weigl wpadł z powodu... brzydkich wyrazów. Historię tę wspomina uczeń Weigla, ksiądz profesor Henryk Mosing. Prof. Eisenberg, niezadowolony, że Weigl nie zajmuje się zarazkiem cholery, tylko tyfusem, zaczął narzekać: Ma pan ten zarazek, dobrze mi pan pokazuje. Ale co? Wszy się między sobą nie zakażają! Czyli ma pan zarazki dopóki ma chorego? A jak chorego nie będzie, to pracy też nie będzie, bo zarazków nie będzie?

Na co Weigl odpowiada: Jeśli nie zechce ssać normalnie, to trzeba jej do d... (do zadniego otworu) wstrzyknąć.
Profesor Eisenberg trochę był tym dowcipem poruszony, Weigl więc, chcąc ratować sytuację, mówi: A co Pan myśli, że nie można?
Rzeczywiście, taki był Weiglowski sposób hodowania riketsji. Do odbytu wszy unieruchomionej w specjalnym „imadełku Weigla” wstrzykiwano pod mikroskopem zawiesinę zarazków tyfusu. Ale kto miał karmić wszy potraktowane taką lewatywą?

Prof. Weigl, wychodząc z założenia, że przebyty tyfus plamisty uodpornił go całkowicie, pierwsze zakażone wszy karmił na sobie. Z czasem zakażaniem i karmieniem wszy zajęli się pracownicy uodpornieni przeciwko chorobie za pomocą szczepionki.

Operator wykonywał ok. 2000 iniekcji w ciągu godziny. Pakiet kilkuset zakażonych wszy umieszczany był w drewnianej klateczce, której jedną ściankę stanowiła siateczka z gazy używanej do przesiewania mąki w zakładach młynarskich. Wszy mogły jedynie wysuwać przez siateczkę główki, ale nie mogły wydostać się z klatki. Mężczyźni zazwyczaj mocowali klatki na łydkach, kobiety – żeby ukryć czerwone plamy pod spódnicą – na udach. Po kilku dniach jelita insektów z dużą ilością Rickettsia prowazekii były gotowe do produkcji szczepionki.

Metoda polegająca na wykorzystaniu na wielką skalę rozmnażania i zakażania wszy była osiągnięciem, która sprowadzała do Zakładu na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (kierował nim od nominacji na profesora w 1920 r.) największe sławy naukowego świata – m.in. laureata Nobla Charlesa Nicolle’a i jego uroczą asystentkę dr Sparrow. Niektórzy goście zapuszczali się za profesorem aż do podnóża Gorganów, najdzikszych gór Europy.

HISTORIE KARPACKIE
Rodzina Weiglów lato spędzała zawsze w zapadłej wiosce w dolinie Iłemki. W Iłemni stała cerkiew, szkoła podstawowa, nadleśnictwo, urząd gminy i karczma. Resztę infrastruktury stanowiły kryte słomą kurne chaty, w których na noc wszyscy kładli się w jednej izbie – dorośli, dzieci, kury, owce i świnie. Dom wynajmowany przez Weiglów był trochę lepszą chatą na podmurówce. Wybudował ją chłop z Iłemni, który najpierw dorobił się w wojsku austriackim, a potem zmarł na tyfus. Pani Weiglowa uczyła gospodynie ogrodnictwa, pomagała leczyć dzieci, żywiła kilku wiejskich chłopców, kolegów syna Wiktora. Do profesora przychodziło się po porady prawne, czasem po pieniądze.

Pewnego razu, gdy kąpaliśmy się w Iłemce – wspomina Wiktor Weigl - nad rzeką pojawiła się postać dziwna, ubrana w czarny szeroki płaszcz i ogromny czarny kapelusz, w otoczeniu miejscowych chłopów. Zbliżywszy się, człowiek ów przemówił po francusku pytając, czy ma zaszczyt rozmawiać z prof. Weiglem. Był to misjonarz belgijski, ojciec Rutten który, przyjechawszy w sprawie szczepionki dla misjonarzy, aż w dalekiej Iłemni potrafił odszukać profesora. W jaki sposób dogadał się z miejscową ludnością, pozostanie tajemnicą. Miał widocznie wprawę w nawiązywaniu kontaktów z „dzikusami". Ugoszczony rakami i pstrągami, wyjechał następnego dnia z profesorem do Lwowa.

SZAMBELAN PIUSA XI
Pierwsze szczepienia przeciwko tyfusowi plamistemu prof. Weigl prowadził na Huculszczyźnie, ale światową sławę przyniosła mu akcja szczepień w Chinach. Ojciec Rutten tak pisał w swoim raporcie: Najstraszniejszy nasz wróg, tyfus plamisty, ta straszna choroba porwała nam więcej ofiar niż wszystkie inne epidemie, niedomagania, morderstwa razem wzięte. Spośród 130 ojców pracujących w Chinach, 70% padło ofiarą tyfusu plamistego w latach 1908-31. Kiedy doszły do nas wieści, że polski profesor wynalazł szczepionkę przeciwtyfusową o niezwykłej jakoby sile działania, z początku byliśmy bardzo sceptyczni, gdyż tyle już nam sprzedawano lekarstw, lecz wszystkie nieudane. Zdecydowaliśmy się jednak wypróbować polską szczepionkę i wyniki okazały się niesamowicie dobre. Od 7 lat ani jeden zaszczepiony misjonarz lub też krajowiec nie zmarł wskutek tyfusu plamistego. Wasza polska szczepionka uratowała życie nie tylko misjonarzom, ale tysiącom Chińczyków.

Tradycyjnie na Wigilię do rodziny Weiglów zapraszano zagranicznych gości, którzy akurat pracowali w zakładzie profesora. Jednym z nich był dr Tchang z Chin, który po kolacji uprzejmie podziękował za gościnę, zwłaszcza pani profesorowej, że przygotowała na jego cześć barszcz z uszkami, jego... narodową potrawę. Wkrótce Chiny miały z Polską wspólną nie tylko zupę, ale również produkcję szczepionki prowadzoną przez dr. Tchanga.

Pius XI za uratowanie życia misjonarzom nadał profesorowi order św. Grzegorza wraz z tytułem Szambelana Papieskiego. Dyskretny wywiad przeprowadzony przez polską Kurię Biskupią potwierdził, że niepraktykujący uczony zasługuje na najwyższe odznaczenie papieskie.

A GDYBY INŻYNIER?
Szczepionkę wysyłano do Ameryki Południowej i kolonii w Afryce, za co otrzymał Order Leopolda od króla Belgii. Sława profesora rosła. Brukowce przedstawiały go jako zwariowanego profesora ze Lwowa, który hoduje wszy i karmi je na sobie, a on śmiał się, niejedną anegdotę o sobie z kolegami wymyślając i puszczając w obieg. Kiedy prezydent Lwowa przyznał mu nagrodę - 10 tys. zł to było przez wojną strasznie dużo pieniędzy - żona i syn po cichu marzyli o samochodzie. Profesor kupił żonie futro, a prawie całą nagrodę przeznaczył na aparaturę do Zakładu. Starczyło jeszcze na szwedzkie łuki i belgijskie wędki.

Łucznictwo było największą pasją profesora. Pierwszą strzelnicę urządził w Ogrodzie Botanicznym, na który wychodziły okna pracowni. Zorganizował młodzieżową sekcję łuczniczą przy lwowskiej „Pogoni”, używając przy tym wszystkich swoich znajomości, bo uczniom nie wolno było należeć do klubów sportowych, pod groźbą wydalenia ze szkoły. Do łucznictwa podchodził z naukową precyzją, strzały miał wyważone co do grama. Uzyskiwał wyniki lepsze od europejskich zawodników, ale sam nigdy nie brał udziału w zawodach.

Wiktor Weigl wspomina, że w pokoju ojca stał duży, ze zwykłych desek zbity stół, podzielony na cztery sektory. Na lewo od okna była cześć fotograficzna (razem z pediatrą, prof. Franciszkiem Groerem robił jedne z pierwszych w Polsce barwnych pozytywów na papierze Kodaka), drugą część zajmował warsztat z imadłem – tu robił strzały i wędki (muszki jego pomysłu, pod nazwą „Weigl's glory" przez kilka lat były w katalogach angielskiej firmy, jako specjalnie zalecane na rzeki polskich wód górskich). Dalej stały pudła z motylami, na końcu ulubiony warsztacik do mechaniki precyzyjnej. Stale coś w domu usprawniał. Zmorą wszystkich służących był sposób zapalania zapałek. Przeprowadził kiedyś eksperyment i dowiódł, że tylko pocierając w poprzek, a nie wzdłuż ścianki, można zapalić wszystkie 50 zapałek. Od tej pory wchodząc do kuchni, za każdym razem sprawdzał, jak wyglądają pudełka.

Aparatura do produkcji szczepionki była jego pomysłu, zaproponował też usprawnienie mikroskopów, umieszczając u podstawy śrubę mikro- i makrometryczną. Szkice przekazał przedstawicielowi firmy Reichert w Wiedniu i za rok pojawiły się na rynku nowe mikroskopy. Weigl nie opatentował pomysłu, nie przyjął honorarium, zadowolił się listem dziękczynnym i podarunkiem w postaci lornetki.

Syn zapytał go, skąd to wszystko umie i kiedy się tego uczył?
– Nie uczyłem się nigdy, po prostu to lubię – i dodał po chwili – wiesz, zawsze żałuję, że nie poszedłem na politechnikę, na pewno więcej bym tam zrobił.
Doskonale robił rzeczy, które lubił, bez różnicy, czy było to wędkarstwo czy szczepionka na tyfus. Źle szło mu natomiast prowadzenie spraw administracyjno-finansowych, nudnych narad i dydaktyka. Nie miał oratorskiego talentu, wykłady monotonne i suche odczytywał z wcześniej przygotowanego skryptu.

KILKA BANANÓW ZA DUŻO
Średniego wzrostu, wyprostowany, z rudawą bródką, zwykł wracać ze swojej pracowni podśpiewując fałszywie czeskie i niemieckie piosenki o słowach – zdaniem syna – absolutnie nie do druku. W domu, od czasów narzeczeństwa pieszczotliwie zwany Pimaszelem, był obiektem adoracji trzech urodziwych szwagierek.

Uwielbiał Józefinę Baker, którą zauroczył się podczas zagranicznych podróży. Gdy więc przyjechała na występy do Warszawy, odstawił obowiązki zawodowe, by zobaczyć ją na scenie. Wrócił trochę zawiedziony, bo choć tańczyła w negliżu, to nie tak skąpym, jak w Paryżu, gdzie jej scenicznym kostiumem były strusie pióra na głowie i złoty łańcuszek na biodrach, z którego zwisał banan.

AFRYKAŃSKIE HISTORIE
Był skrajnym pacyfistą, nie lubił wojska, stronił od polityki. Wybór na prezydenta Ignacego Mościckiego, którego znał i cenił jako naukowca, skwitował: Co mu się stało? Taki zdolny człowiek i dał się zaplątać w politykę, że też mu się chce...
W biurku trzymał pamiątkę z wojny, pistolet parabellum i małego browninga. Kiedy syn go zapytał, ilu wrogów zabił, spoważniał i powiedział: Mam nadzieję, że nigdy nikogo nie zabiłem. Wojna to najokropniejsza rzecz i nic jej nie usprawiedliwia, bez względu na to, w imię czego miałaby być prowadzona.
Gdy wszedł do sali wykładowej i zobaczył grupę studentów stojących osobno pod ścianą, zapytał: Dlaczego panowie nie siedzą? Na to jeden ze studentów: To są, Panie Profesorze, Żydzi i my z nimi siedzieć nie będziemy. – W takim razie ja też będę stał, póki ci panowie nie usiądą - odrzekł. Po chwili wszyscy usiedli, wykład się zaczął. Od tego czasu na zajęciach Weigla nigdy nie doszło do antysemickich ekscesów.

Wiosną 1939 r. rząd włoski zaproponował mu wyjazd do Abisynii, gdzie bakteriolodzy nie mogli dać sobie rady z endemicznymi ogniskami tyfusu. Weigl długo się wahał. Faszyzm budził odrazę. Kusiła jednak egzotyczna podróż i szansa na zdobycie nowych szczepów riketsji do badań. Mógł też uratować życie setkom Abisyńczyków i Włochów. Do podróży zachęciło go w końcu polskie MSZ. Z wyjazdu jednak zrezygnowała doc. Zofia Weiglowa, ponieważ martwiła się o syna, który przygotowywał się do matury i miał jakieś kłopoty w szkole. Okazało się, że decyzja ta była jej wielkim życiowym błędem. Zamiast niej wyjechała dr Anna Herzig, asystentka w Zakładzie i przyjaciółka domu, która potem, po przedwczesnej śmierci Zofii, została drugą żoną profesora.
Po powrocie z Afryki Ministerstwo Spraw Wojskowych poleciło zorganizowanie na wielką skalę produkcji szczepionki dla wojska i ludności cywilnej. Do wytwarzania szczepionki bardzo przydała się podróż do Abisynii – profesor otrzymał łatwo rozmnażającą się krzyżówkę kaukasko-afrykańską (krzyżówka Weigla) z owadów wyizolowanych od jeńców rosyjskich (pojmanych w czasie I wojny światowej przez Austriaków) i etiopskich z Laboratorium Rickettsiozy w Addis Abebie. W sierpniu jak zwykle odpoczywał w Iłemni i układał z synem wrześniową wyprawę na Polesie na dzikie gęsi i olbrzymie szczupaki. Miała to być nagroda za zdaną maturę.

Zamiast szczupaków i sumów czekała go jednak rozmowa z Chruszczowem.

KUSZENIE PROFESORA
Zawsze głęboko wierzył w posłannictwo nauki – mówią Krystyna Weigl-Albert i Ewa Weigl-Poznańska, wnuczki profesora. - Wierzył, że odkrycia naukowe prowadzić będą do lepszej przyszłości bez wojen, chorób i klęsk. Druga wojna światowa była dla niego tragicznym ciosem.

Podczas okupacji sowieckiej Lwowa (1939-41) Nikita Chruszczow, I sekretarz Ukraińskiej Partii Komunistycznej, odwiedził Weigla, proponując mu tytuł członka Akademii Nauk i kierownictwo Instytutu Naukowego w Moskwie. Weigl nie przyjął oferty, a Sowieci nie odważyli się deportować profesora na Syberię. Zamiast tego rozbudowali instytut do prawdziwej „fabryki szczepionki”, przekazując na ten cel budynek gimnazjum żeńskiego im. Królowej Jadwigi.

Potem Lwów zajęli Niemcy, którzy jeszcze bardziej bali się tyfusu plamistego, bo przechodzili chorobę ciężej niż Rosjanie. Kusili więc Weigla. Obiecywali Instytut w Berlinie, majątek ziemski i Nobla. Straszyli. Gdy na Wzgórzach Wuleckich rozstrzelano 32 profesorów Wydziału Lekarskiego i Politechniki, do Weigla przyszedł kat Lwowa, szef stacjonujących w mieście oddziałów SS Fritz Katzman, oczekując od Weigla, że zostanie Reichsdeutschem. Jako biolog znam zjawisko śmierci i często myślę o niej, bo życie stało się takie smutne i beznadziejne. Więc możecie mi zrobić przysługę i mnie zabić, albo musicie mnie akceptować jako polskiego profesora narodowości polskiej – odparł Weigl.

SCHINDLER ZE LWOWA
Institut für Fleckfieber und Virusforschung (Instytut Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami) formalnie pod kierownictwem Wermachtu, w praktyce zarządzany przez Polaka z wyboru, rozrastał się w postępie geometrycznym. Rzeczywiście – z matematyką miał dużo wspólnego.

Niemcy, którzy musieli zaakceptować fakt, że nikt poza Weiglem nie potrafi wyprodukować skutecznej szczepionki, dali mu w praktyce pełną swobodę w doborze pracowników. Zatrudniając karmicieli wszy kierował się podstawowym kryterium – czy grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony nazistów.

Dla prof. Wacława Szybalskiego, który opiekował się grupą karmicieli składającą się z matematyków słynnej Lwowskiej Szkoły Matematycznej, m.in. prof. Stefana Banacha, Jerzego Albrychta, Władysława Orlicza, było to stymulujące intelektualnie, lecz jakże surrealistyczne przeżycie: słuchać długich rozmów o granicach matematycznych, elementach teorii topologii i przestrzeni, dzisiaj znanych jako "przestrzenie Banacha", podczas karmienia wszy. Trzeba było pilnować, by w ferworze dyskusji nie nastąpiło przekarmienie, ponieważ wszy laboratoryjne utraciły swój naturalny instynkt przerwania konsumpcji po 45 minutach, ze zgubnym dla siebie skutkiem.

Inna grupa karmicieli z wianuszkami klatek na odsłoniętych łydkach lub udach uprawiała podziemną działalność, przekazując meldunki i rozkazy, mimo iż przy wejściu do Instytutu przepustki sprawdzało gestapo. Mirosław Żuławski pisał, że być od Weigla, to był tytuł szlachectwa. Przechowało się tam prawie całe kierownictwo akowskiej konspiracji. Karmiciele przychodzili do pracy na siódmą rano. O ósmej już byli wolni i mogli dalej konspirować. Ausweis karmiciela pozwalał swobodnie poruszać się po ulicach, chronił przed zatrzymaniem w łapance, aresztowaniem lub wywózką do Niemiec. Chronił również przed rewizjami w domu, tak bardzo Niemcy bali się zarażonych tyfusem wszy. Karmicielem był szef sztabu Lwowskiego Okręgu AK major Karol Borkowiec (pseudonim "Zenek"), Tadeusz Garliński z Delegatury Rządu. A profesor zachowywał zimną krew i czasem, żeby odreagować stres, strzelał z łuku w ogrodzie przy pracowni.

Zatrudnił dr. Henryka Meisela, chociaż ten był Żydem – wspomina Jadwiga Złotorzycka. Weigl uparł się, że bez tak wybitnego bakteriologa prace badawcze nie będą możliwe. Meisel musiał nosić opaskę z Gwiazdą Dawida, a nad jego bezpieczeństwem czuwał żołnierz niemiecki, towarzysząc mu codziennie w drodze do pracy i z powrotem do domu.

Karmicieli, strzykaczy, preparatorów oraz innych techniczno-laboratoryjnych pracowników było w sumie ok. 4 tys., naukowców, studentów, poetów, był wśród nich Zbigniew Herbert.

Niemcy prowadzili skrupulatną kontrolę, a mimo to partie najlepszej jakości szczepionek przekazywano do oddziałów partyzanckich, obozów w Oświęcimiu i Majdanku, lwowskiego i warszawskiego getta, gdzie odbierał je przyjaciel Weigla, prof. Ludwik Hirszfeld.
Podczas okupacji niemieckiej we wschodniej strefie działań wojennych zaszczepiono 5-6 mln osób. Była to pierwsza wojna bez epidemii tyfusu plamistego.

POWOJENNY KONIEC HISTORII
Wiosną 1944 r. większość instytutu została ewakuowana do Niemiec. Do opuszczenia Lwowa został zmuszony również Weigl. Najpierw stworzył laboratorium w Krościenku, a latem 1945 r. przeniósł się do Krakowa. Krótko i bez powodzenia pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem na Uniwersytecie w Poznaniu. W końcu zorganizował w Krakowie Instytut Badań nad Tyfusem Plamistym, który stał się dla niego azylem.
Po wojnie zamiast uznania spotkał go los tragiczny – mówią wnuczki profesora. Pomówienia i oskarżenia, przed którymi nie mógł się bronić i brak entuzjazmu dla nowego ustroju zmieniły jego życie. Pozbawiony kontaktów z zaprzyjaźnionymi naukowcami, izolowany i osamotniony był już całkiem innym człowiekiem, smutnym i rozgoryczonym.

Dwaj profesorowie z Krakowa oskarżyli go o kolaborację z Niemcami. Nie przyjęto go do Polskiej Akademii Nauk, w 1948 r. polski rząd w ostatniej chwili wycofał jego kandydaturę do Nagrody Nobla.

Prof. Rudolf Weigl zmarł 11 sierpnia 1957 r. w Zakopanem, jego grób znajduje się w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Dopiero po śmierci odznaczono go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski z Gwiazdą. W 2003 r. został „Sprawiedliwym wśród Narodów Świata”.
Uważa się, że jego prace stały się początkiem wirusologii i utorowały drogę do namnażania wirusów w hodowlach tkankowych.
Irena Fober

Podczas pisania artykułu korzystałam z następujących źródeł: Wiktor Weigl „Wspomnienia o moim Ojcu”, Władysław Wolff „O profesorze Weiglu i Weiglowcach”, Tomasz Cieszyński „Wspomnienie o profesorze Rudolfie Weiglu”, Wacław Szybalski „Wykorzystanie wszy laboratoryjnych karmionych przez ludzi dla produkcji szczepionki Weigla przeciw tyfusowi plamistemu”, Stefan Kryński „Był w nauce artystą”, Danuta Nespiak „Profesor Rudolf Weigl”, Henryk Mosing „Wspomnienie o profesorze Weiglu”, Krystyna Weigl-Albert, Ewa Weigl-Poznańska „Prof. Rudolf Weigl”, Jadwiga Złotorzycka „Profesor Rudolf Weigl i jego Instytut”, Mirosław Żuławski „Weiglówka”.

Irena Fober

Podczas pisania artykułu korzystałam z następujących źródeł: Wiktor Weigl „Wspomnienia o moim Ojcu”, Władysław Wolff „O profesorze Weiglu i Weiglowcach”, Tomasz Cieszyński „Wspomnienie o profesorze Rudolfie Weiglu”, Wacław Szybalski „Wykorzystanie wszy laboratoryjnych karmionych przez ludzi dla produkcji szczepionki Weigla przeciw tyfusowi plamistemu”, Stefan Kryński „Był w nauce artystą”, Danuta Nespiak „Profesor Rudolf Weigl”, Henryk Mosing „Wspomnienie o profesorze Weiglu”, Krystyna Weigl-Albert, Ewa Weigl-Poznańska „Prof. Rudolf Weigl”, Jadwiga Złotorzycka „Profesor Rudolf Weigl i jego Instytut”, Mirosław Żuławski „Weiglówka”.