Świat nie jest taki zły, jak to zwykle przedstawia prasa, radio czy telewizja. Jest różnorodny, ma swoje strony jasne, ma ciemne i w zależności od tego, na którą człowiek akurat patrzy, rodzi się w jego duszy optymizm lub smutek i obawa. Weźmy dla przykładu wspomnianą telewizję - gdy nas prezesi molestują w kwestii abonamentu, człowiek wrażliwy traci na humorze. Wstydzi się za rodaków, współczuje publicznemu nadawcy obciążonemu brzemieniem misji, które cieniem się kładzie na jego szansach przy korycie reklam. Oczami wyobraźni widzi, jak telewizja publiczna chyli się ku upadkowi, jak wyciekają zeń płatne anonsy o papierze toaletowym, wyszczuplających preparatach… w kierunku wypasionych stacji prywatnych.

Na szczęście o sytuacji telewizji publicznej informują nie sami tylko ludzie prezesa. Niedawno „Super Express” dotarł do przecieku i napisał nie zważając na ustawę o ochronie danych osobowych: „Dokładnie 92 462,58 zł brutto! Taką fortunę Telewizja Polska płaciła firmie Tomasza Lisa za wyprodukowanie jednego odcinka programu „Tomasz Lis na żywo”! Prowadzący, czyli Tomasz Lis, dostawał z tego za swój godzinny show 20 tys. zł”. Różnie można odbierać tę informacje, ale zaprzeczyć się nie da, że w sumie jest w niej spory ładunek optymizmu. W kraju, gdzie nikogo na nic nie stać, jest oto firma, którą stać i to w warunkach częściowej tylko ściągalności abonamentu.

Równie podzielny jest obraz kraju za miastem. Z jednej strony „taka gmina” - senna i lekko na bani; niemal jak u Kasprowicza: „płot się wali, piołun na podwórkach” – upada szkoła, znika poczta… i na tym tle prasowa informacja: „rada gminy podniosła uposażenie wójta do 12 tys. zł miesięcznie”. I w tym jest właśnie ta dwoistość obrazu: gmina na miarę możliwości; wójt na miarę ambicji. Zrodziły się w prasie nawet wątpliwości, czy nie uwłacza naszej godności to, że prezydent niewiele więcej zarabia od wójta. Na szczęście sprawę wyjaśnił, zwykle dobrze poinformowany, tygodnik Jerzego Urbana. Wprawdzie pobory prezydenta istotnie nie są wygórowane, ale doliczając nakłady na utrzymanie kancelarii (z przyległościami) o 50 mln zł przewyższają nakłady ponoszone przez Brytyjczyków na utrzymanie dworu królowej Elżbiety II.

W tym kontekście można zrozumieć zarówno dążenia do usamodzielnienia się ziem, regionów, okręgów… korzystając z demokratycznych prerogatyw, jak i utrzymujące się przed tym obawy. Niezależnie bowiem, jak się takie przedsięwzięcie uzasadnia, pozostaje w domyśle intencja najprostsza, którą można ująć najkrócej: by centrala nie wydarła, sami rozkradniemy. Po upadku komunizmu kraj nasz podlega wszystkim prawom i procesom, które zrodziła ludzka cywilizacja, w tym m.in. divide et impera, z tym że na razie lepiej nam wychodzi divide, a gorzej impera.

Wspomniany wyżej tygodnik Urbana podaje np. listę muzeów, które mają w najbliższych latach powstać, a to: Muzeum Śląskie w Katowicach za 340 mln zł, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie za 500 mln zł; Muzeum Żydów Polskich za 252 mln zł, Muzeum Historii Polski za 300 mln zł, Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku za 360 mln zł, Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku za 293 mln zł.

Wydaje się, że jak dotychczas najlepiej udało się podzielić kolej. Proces podziału posunął się tak daleko, że dziś na dobrą sprawę nie ma mądrych, aby tym zarządzać, i jedyne rozsądne wyjście, jakie upatruje coraz więcej ekspertów jest takie, aby co się da sprzedać - szczególnie nieruchomości. Zważywszy ostatnie nominacje nie można wykluczyć, że kolej będzie zmierzać w tym właśnie kierunku. Nowy prezes, który poprzednio zarządzał funduszem PKO TFI, niewątpliwie zna się na pieniądzach.

Wielu ludzi nie rozumie ducha czasu, nie dostrzega kolorytu rzeczywistości, w jakiej nam przyszło żyć, a samą tylko czerń. Wielu woła spazmatycznie o wrogich mocach zewnętrznych, które się czają dookoła, o grożącym kolejnym rozbiorze. Są oczywiście w takim oglądzie rzeczywistości silne zaszłości historyczne. Dziś nam w istocie niestraszne obce moce - podstępne cary, wrogie króle - dziś nas nie musi nikt rozbierać; sami się rozbierzemy.

hen