Początek lipca sprowadził na Polskę afrykańskie upały. Jeśli komuś zbyt gorąco, może sobie wyobrazić dwunastu Polaków, którzy w tej chwili mają za oknem ciemną, lodowatą antarktyczną zimę. Jeszcze mają. Pisząc „jeszcze”, nie chodzi mi o globalne ocieplenie, które może zamienić biały kontynent w zieloną wyspę. Po prostu każdy ma taki kataklizm, na jaki go stać. My na przykład, na własne życzenie przyglądamy się, jak umiera Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego.

W samym środku euroeuforii w „Gazecie Wyborczej” ukazała się rozmowa się z prof. Piotrem Zielenkiewiczem, dyrektorem Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN w Warszawie. Rozmowa nie miała specjalnego oddźwięku (w tym czasie kąśliwe komentarze wywoływała raczej narodowa afiliacja piłkarzy „naszych” i „ich”), a szkoda, bo powinna zadziałać jak zimne lody na odsłonięte szyjki zębowe. Idzie o 4,5 mln zł. Tyle kosztuje roczne utrzymanie stacji, wysłanie dwóch ekspedycji - zimą i latem - oraz przeprowadzenie najpilniejszych remontów. Tymczasem od lat Zakład Biologii Antarktyki dostawał 2,5 mln zł, a w tym roku MNiSW dało niecałe 2,9 mln zł. To strasznie mało, mówi profesor. Lata oszczędności sprawiły, że stacja jest w stanie rozkładu. Rozsypuje się zbiornik paliwa, szambo jest stare, instalacja elektryczna pamięta połowę lat 70. ub. w., nic nigdy nie było tam remontowane. Może być tak, że polscy naukowcy „spowodują” w końcu katastrofę ekologiczną w Zatoce Admiralicji.

Oczywiście możemy rozebrać stację, zanim się zawali i narobi szkody. No bo po co nam placówka naukowa na końcu globu? Tylko dlatego, że przewinęło się przez nią kilka pokoleń badaczy, napisano prawie tysiąc prac naukowych na najwyższym światowym poziomie, zrealizowano setki grantów, zrobiono kilkanaście habilitacji i profesur, a na zlecenie NASA wykonaliśmy kilkuletnie badania na temat zachowania się człowieka w małych izolowanych zespołach? W końcu pewne rzeczy nam nie wyszły. Choćby kryl, który wraz z wiedzą naukową oraz najnowocześniejszą kiedyś polską technologią i patentami padł ofiarą PRL i propagandy sukcesu (wyśmiany w Polsce, jest intensywnie odławiany przez Norwegów, Koreańczyków, Chińczyków i Japończyków).

Ponad 45 państw podpisało Układ Antarktyczny, który obejmuje lądy i obszar zajęty przez lód na południe od 60o szerokości geograficznej południowej. Jednak tylko 28 krajów, które mają swoje stacje i prowadzą poważne, całoroczne badania naukowe, ma prawo uczestniczyć w konferencjach i współdecydować o losie kontynentu. Wśród nich ciągle jest Polska. Ale może inne misje, w innych miejscach świata, są bardziej warte pieniędzy? Przecież na pewno nie ugryziemy bogactw Antarktydy – przynajmniej do 2048 r., bo do tego czasu obowiązuje „Protokół Madrycki”, który zabrania jakiejkolwiek aktywności zmierzającej do eksploatacji zasobów mineralnych. Jedyna dopuszczona działalność to nauka, z czego w 37 stacjach całorocznych i 17 letnich skwapliwie korzystają Amerykanie, Rosjanie, Chińczycy, naukowcy większości państw europejskich. Inni, dziś bezdomni na Antarktydzie, są tak zdesperowani, że chcą tam budować swoje stacje naukowe, jako przyczółek, dający im dziś tylko prawo głosu w Układzie Antarktycznym, lecz któż wie, co jeszcze w przyszłości?
Jeśli dzięki dzisiejszym oszczędnościom staniemy się bogatsi, zawsze będziemy mogli popłynąć tam jako turyści. Kiedy 35 lat temu prof. Stanisław Rakusa-Suszczewski, uczestnik kilkunastu naukowych ekspedycji, szukał miejsca pod polską stację, wybrał jedno z najpiękniejszych miejsc na Wyspie Króla Jerzego. Czasem w ciągu jednego sezonu przez stację przewinęło się 12 tys. zwiedzających z całego świata. Zapewne większości powiedzieliśmy, że polska flaga powiewa tam, gdzie Polacy byli od samego początku. Jak ktoś nie wie, to ekspedycja Arctowskiego i Dobrowolskiego była pierwszą zimującą wyprawą w Antarktyce. Więc jakby nam teraz nie wyszedł mundial i igrzyska (najlepiej letnie w stolicy), to za jedyne 4 mln zł rocznie (plus fundusz remontowy), moglibyśmy na końcu świata podbić nasze narodowe poczucie wartości...

Irena Fober