Wiek dwudziesty, choć się w historii zapisał na czarno jako czas cierpienia, wojen, zbrodni, miał przecież także swoją smugę światła - niezwykły rozkwit ludzkiego geniuszu. Być może taka już jest ludzka natura, że umysł najbardziej się spręża, gdy trzeba bliźniemu dołożyć. W każdym razie pierwsza wojna, a jeszcze bardziej druga to był prawdziwy sprint postępu. Wojna była zmaganiem nie tylko ludzkiego męstwa, odwagi, sprawności, ale także, jeśli nie przede wszystkim, ludzkich umysłów. Strach okazał się dla nich niezwykle skutecznym dopingiem. Również po wojnie ów doping nie ustawał, bo po gorącej nadszedł czas wojny zimnej.

Oczywiście myśl trudno uwięzić nawet w wojsku, więc prędzej czy później szła do cywila, rewolucjonizując – jakby można powiedzieć obrazowo - rynek. Jeśli czytać przemówienia np. Władysława Gomułki, który rynkowi zwykł był poświęcać wiele uwagi, to dzisiaj nawet nazwy towarów młodszemu pokoleniu należałoby tłumaczyć, bo wyszły już nie tylko ze sklepów, ale także z języka. Powojenne pokolenia czerpały dywidendę z pracy szarych komórek - z postępu naukowo-technicznego, który się rozkręcał na kształt reakcji łańcuchowej. Druga połowa tamtego wieku była czasem tryumfu ludzkiego rozumu, marzeń nieokiełznanych, wiary nieograniczonej. Na wschodzie pisano wiersze o prostym człowieku radzieckim, co to: „zmieniajet dwiżenije riek; wysokije gory sdwigajet…” - na zachodzie ludzie się przymierzali do Księżyca... W Polsce też nie przesypialiśmy postępu, wiele w tym celu czyniąc, choć na swoją miarę. Umacniało się przekonanie, że nie ma mocnych na człowieka, że orla jego lotów potęga, a jako piorun jego ramię.

Postęp naukowo-techniczny dokonał w świecie rewolucyjnych zmian i zmienił oczywiście także człowieka. Człowiek, choć ten sam, nie jest dziś taki sam. Przypomniała o tym niedawno „Angora”, publikując, opracowany na podstawie materiałów zaczerpniętych z najbardziej szacownych pism zachodnich, artykuł, który otwiera informacja, że do 2013 r. wszystkie krematoria w Wielkiej Brytanii muszą zostać wyposażone w specjalne filtry, gdyż wydobywający się z nich dym należy do najbardziej niebezpiecznych trucizn. Owe trucizny nie pochodzą ze spalania tego, w co natura wyposażyła człowieka, ale tego, co dał mu postęp naukowo-techniczny.
Człowiek współczesny okazuje się być prawdziwą bombą ekologiczną. W zębach nosi związki rtęci, w żołądku konserwanty, w trzustce związki azotu, w tarczycy triclosan, w wątrobie styren, a w głowie ołów… Ciekawe jest przy tym, że to, co człowiek ma, bardziej zależy od czasu urodzenia niż miejsca. Więcej miewają niemowlaki niż staruszki, a londyńczycy, Nigeryjczycy czy Eskimosi w istocie mają po równo. Także więc w tym sensie świat stał się globalną wioską.

Nie należy oczywiście negatywnych skutków postępu naukowo-technicznego traktować jako kary Boskiej za to, że człowiek odważył się uznać w pewnym momencie, że dobry Bóg zrobił co mógł i trzeba zawołać fachowca. Jest wszak napisane: czyńcie ziemię sobie poddaną. Można co najwyżej mówić o życzliwym upominaniu ludzkości, gdy ta popada w przesadę, gdy np. się zapamięta w obsesyjnej pogoni za czystością. Im bardziej się myjesz, tym bardziej jesteś skażony – zdaje się Pan Bóg perswadować nieświadomym tego, że 90% związków zawartych w środkach czystości może przyczyniać się do powstawania groźnych chorób. Gdy z kolei zaczyna się ponad miarę rozprzestrzeniać grzech pychy, zsyła pomysł na benzynę ołowiową, aby ludziom mózgi rosły nie tak szybko.

Faktem jest, że patologie, o których mowa, nie tyle z postępu się biorą, co z chciwości i innych wad ułomnej, ludzkiej natury. Działałem zgodnie z zasadami kapitalizmu - powiedział niedawno właściciel firmy produkującej rakotwórcze implanty, używane w chirurgii plastycznej. Istotnie - w kapitalizmie postęp się robi dla zysku, a dobro ludzkości jest tylko produktem ubocznym.

hen