Rankiem 20 marca, wraz z wkroczeniem Słońca w znak Barana, nastała nam wiosna astronomiczna. Umowny początek kalendarzowej wiosny to 21 marca – taki termin ustalono przed niemal 17 wiekami na pierwszym powszechnym Soborze Nicejskim, kiedy to w kalendarzu juliańskim wiosenne zrównanie dnia z nocą zdążyło przesunąć się już o 3 dni względem ustalonej w czasach Juliusza Cezara daty 24 marca. Wreszcie, w zasadzie bez wytęsknionego przedwiośnia, doczekaliśmy się również wiosny klimatycznej, którą przecież jesteśmy najbardziej zainteresowani, a której na ogół nie potrafimy zbyt precyzyjnie przewidzieć.

Jednak czekające nas tej wiosny wydarzenia astronomiczne w ogromnej większości jesteśmy w stanie przewidzieć z dużą dokładnością. Najbardziej spektakularnym zjawiskiem będzie tej wiosny przejście Wenus nocą i rankiem 6 czerwca, na tle Słońca. Cała wędrówka ciemnej tarczki Wenus po tarczy naszej dziennej gwiazdy potrwa od godz. 0.10 do 6.50 naszego czasu, jednak w Polsce zobaczymy tylko końcowe dwie godziny zjawiska, dopiero po wschodzie Słońca. Zachowując wszelkie zasady bezpieczeństwa, używając odpowiednich filtrów słonecznych lub rzutując obraz na ekran, obserwację możemy prowadzić za pomocą lornetki albo niewielkiego nawet teleskopu – czarny punkcik odwróconej do nas ciemną stroną Wenus będzie sobie mierzył niemal 1’ kątowej średnicy. Warto tego dnia wstać nie później niż o wpół do piątej (czasu letniego), bo druga taka okazja nie przydarzy się już więcej do końca XXI w.

Zwróćmy uwagę na fakt, jak rzadko na ogół mamy potrzebę tak wczesnego wstawania, a przecież w ten sposób marnujemy sporą część dnia. Nieistotny zwłaszcza zimą, problem ten nabiera wyrazistości wiosną i latem. Dawno już odeszły czasy, gdy człowiek budził się wraz ze wschodem Słońca i wraz z jego zachodem kładł się do snu. Cywilizacja przesunęła okres naszej aktywności o ładnych parę godzin, na późniejszą porę. Żyjemy dziś najczęściej pod dyktatem godzin pracy, handlu czy nawet telewizji, serwującej co ambitniejsze pozycje niekiedy dopiero późnym wieczorem lub wręcz nocą. Czy jednak nasz biologiczny zegar całkowicie przestawił się na te nienaturalne warunki? Czy również ekonomicznie nie tracimy marnotrawiąc rano kilka godzin naturalnego światła słonecznego, z konieczności doświetlając się sztucznie podczas długiej aktywności wieczorno-nocnej?

Wyrażony po raz pierwszy już w XVIII w. przez amerykańskiego wynalazcę i polityka Benjamina Franklina pomysł, by ludzie wcześniej wstawali i wcześniej szli spać, doczekał się realizacji dopiero półtora wieku później, i to w Europie, gdy w 1916 r. po raz pierwszy Niemcy wprowadziły, od maja do września, czas letni, co objęło również pozostające pod zaborem pruskim i austriackim ziemie polskie. W kolejnych latach rozszerzano stopniowo okres obowiązywania czasu letniego, nawet do grudnia, by w latach 1920-21 oraz 1941 pozostawić przez cały rok (!) zegary przesunięte o godzinę do przodu. W powojennej Polsce dwukrotnie zaniechano wprowadzania czasu letniego: w latach 1950-56 i 1965-76. Od 1996 r., wraz z niemal całą Europą, czas letni stosujemy konsekwentnie przez 7 wiosennych i letnich miesięcy, od ostatniej niedzieli marca do ostatniej soboty października (w tym roku od 25.03 do 27.10).

Przeciwnicy czasu letniego zarzucają zbyt duży zamęt wprowadzany dwa razy w roku w organizację naszego życia (głównie w komunikacji), podając również w wątpliwość korzyści ekonomiczne płynące z oszczędności energii. Te ostatnie, choć nie oszałamiające, jednak są. A może warto zrewidować ten system, ku zadowoleniu zarówno sceptyków, jak i ekonomistów?

Przypomnijmy, że w Europie występują głównie cztery strefy czasu: zachodnioeuropejski stosowany jedynie w Portugali, Wielkiej Brytanii, Irlandii i na Islandii, środkowoeuropejski obejmujący obszar od Hiszpanii po Macedonię, Polskę i Norwegię, wschodnioeuropejski od Grecji i Turcji, przez Ukrainę, aż po Finlandię oraz czas moskiewski, na zachodnich obszarach Rosji. Zwłaszcza w rozciągającej się na 40° długości geograficznej: od 10°W (Hiszpania) do 30°E (wschodnia Norwegia) strefie czasu środkowoeuropejskiego (CET), ogromne są dysproporcje pomiędzy naturalnym czasem danego południka a sztucznym czasem strefowym. Skutkiem tego, podczas gdy z początkiem lipca na plażach północnej Hiszpanii czy zachodniej Francji (o południowych wybrzeżach już nie wspominając) możemy zażywać słonecznych kąpieli do godziny 22 (czasu letniego), na wschodnich krańcach tej strefy czasowej, na tej samej szerokości geograficznej Słońce zachodzi już o 2 godziny wcześniej.

Zauważmy, że Polska, położona niemal w całości na wschód od południka 15°E, wyznaczającego środek naszej strefy czasowej, w okresie obowiązywania czasu zimowego, w stosunku do krajów Europy Zachodniej „traci” na tym, przez pozostałe 7 miesięcy nie tak wiele jak one zyskują dzięki czasowi letniemu. Mało znany jest fakt, że w Europie Zachodniej ów „bardziej wschodni” czas nastał w okresie II wojny światowej, gdy na całym okupowanym przez hitlerowskie Niemcy obszarze wprowadzono czas berliński, który większość tych krajów już po wojnie zaakceptowała na dłużej.

Warto chyba rozważyć możliwość zmiany naszej podstawowej strefy czasowej na wschodnioeuropejską (do której należy choćby położona na tej samej co my długości geograficznej Grecja), zyskując tym przez cały rok dłuższe o godzinę wieczory. Możliwe byłyby dwa warianty: z zachowaniem okresowych zmian czasu na zimowy i letni – wtedy zysk byłby całoroczny, lub – w wariancie mniej radykalnym – rezygnując z dodatkowej jeszcze godziny latem, gdy i tak dzień kończy się dość późno, co uspokoiłoby sceptyków narzekających na niedogodności z przestawianiem zegarów. Takie rozwiązanie już w 1930 r. zastosowano w radzieckiej Rosji, przyjmując we wszystkich strefach czasu urzędowego wyprzedzenie o 1 godzinę względem średniego czasu słonecznego poszczególnych południków. Od 1981 r. wprowadzono dodatkowo czas letni, zaś ostatnio, w ogóle rezygnując z okresowych zmian, czas „letni” pozostawiono na cały rok, zyskując w sumie 2 godziny wyprzedzenia w stosunku do naturalnego czasu danych obszarów.

Na razie, korzystając z tej jednej godziny „do przodu”, jaką daje nam obecnie definiowany czas letni, na obserwacje Wenus na dziennym niebie możemy 6 czerwca wstać około 4.30, a nie 3.30 – gdyby obowiązywał zimowy czas środkowoeuropejski.
A mamy szansę zobaczenia sporej części spektaklu podobnego do tego, jaki miał miejsce przed 8 laty, tym razem z Wenus na tle północnej części słonecznej tarczy.

Jan Desselberger

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przejście Wenus przed tarczą Słońca 6 czerwca