Muszę pogratulować stosownemu ministerstwu radykalnego wyeliminowania problemu, który zdawał się być nierozwiązywalny.

W szkołach brakowało nauczycieli fizyki. Studia nie są lekkie, wymagają systematyczności, a wiedza jak najbardziej ścisła. Laboratoria to myślenie, konkretne działanie i analiza wyników. Każde doświadczenie, ćwiczenie, badanie wymaga osobnego przygotowania. Wszystkie zaś uwagi, spostrzegawczości, refleksu. Nawet zdolności manualne są mile widziane… A na każdym kroku niezbędna jest matematyka. Matematyka, którą wcześniej władze oświatowe odstawiły na boczny tor.

REFORMA PERMANENTNA
Nie znam ani genezy, ani autora wykreślenia matematyki. Łatwo było przewidzieć oczywistą w tej sytuacji reakcję uczniów, także części rodziców. Czego nie trzeba zdawać, tego można się nie uczyć. Taki stan, mimo wielu protestów, trwał aż dziesięć lat! W środowisku olimpiad przedmiotowych za matematyką optowała nieformalna „struktura pozioma”. Z ociąganiem przywrócono ją do rangi obowiązkowego przedmiotu maturalnego.

Udało się. Minęły dwa lata i w kolejnej reformie 2012 odważnie i bez zbędnego rozgłosu ograniczono nauczanie fizyki (i innych przedmiotów przyrodniczych). Niebawem okaże się, że fizyków jest zbyt wielu. Zasygnalizowany na wstępie problem rozwiązano.

Niby fizyka jest w programach nauczania, a jakoby jej nie było… Dlatego o konieczności ćwiczeń laboratoryjnych z klasami podzielonymi na grupy prawie boję się wspominać. Ale dobrze pamiętam, że miałem takie ćwiczenia już w szkole podstawowej, także z chemii. Budowane w latach 60. i później szkoły miały pracownie wyposażone w zaplecza wypełnione stosownymi pomocami naukowymi. Kiedy zaczęto oszczędzać, mnożąc liczbę uczniów w klasach i ograniczając podziały na grupy, pomoce zakrył kurz.

Odwiedzanie w czasie szkolnych wycieczek Centrum Nauki Kopernik nie zastąpi solidnej i systematycznej pracy u podstaw.

Nauka fizyki, także w szkołach zawodowych, nie jest tak ryzykowna jak kilkuletnie uczenie zawodu, który może zniknąć. Podobnie rzecz ma się z innymi naukami podstawowymi. Szkoła może przygotowywać wstępnie do grup zawodów, czynności, podobnych miejsc pracy.

Do konkretnych stanowisk pracy dobrze przygotowywały szkoły przyzakładowe. Obecnie musi być tym obarczony pracodawca. Oczywiście, może sam otworzyć szkołę. Za mało wykorzystujemy i za mało eksponujemy wysiłek prawie 26 tys. mistrzów, którzy dziś przygotowują do pracy prawie 100 tys. uczniów. Tym ważnym elementem oświaty zawodowej kieruje Związek Rzemiosła Polskiego.

Przyzwoita znajomość nauk podstawowych pozwala z powodzeniem rozwiązywać różnorodne problemy techniczne. Prawie zawsze zabezpiecza przed popełnianiem prostych błędów. Człowiek, który będzie rozumiał matematykę, pozna tajniki fizyki i chemii, potrafi wypowiadać się, poprawnie odczytuje i rozumie teksty, będzie w stanie bardzo szybko przystosować się do wykonywania bardzo wielu czynności w różnych dziedzinach.

Fizycy i technicy, w trosce o swoje narzędzie pracy, pomogli matematykom i matematyce. Czas na rewanż. Tym bardziej, że kształcenie tej grupy przedmiotów jest uniwersalne i ponadczasowe. Ponadto sprzyja innowacyjności.

PRZYCHODZI WALEC...
Wytykanie i piętnowanie już popełnionych błędów jest potrzebne i uprawnione. Cała dekada marginalizowania matematyki będzie się kładła złowrogim cieniem nad uczniami, którzy zaprzepaścili swe zdolności i możliwości. “Głupi widzi złe dopiero, gdy go w bok trąci…”. Jest jeszcze czas. Nie marginalizować, a wzmocnić fizykę. To się nam naprawdę opłaci.Istnieje u nas permanentna gotowość reformowania oświaty. Ciągle ktoś, nie oglądając się za siebie, coś zmienia. Tymczasem, poza komputerami, prawie wszystko już było… Nie spotkałem się nigdzie nawet z próbą oceny wcześniejszych reform. Analizą osiągniętych korzyści i poniesionych strat. Wskazania autorów.

Moje odczucie, w największym uproszczeniu, jest następujące…
Za pomocą potężnego spychacza burzymy wszystko, wyrównujemy teren, a dla pewności utwardzamy i ubijamy. Uzyskujemy dzięki temu obszar do niczym nieskrępowanej fantazji twórczej.

Prawie każdy reformator jest przekonany, że zaplanuje lepiej… Wybuduje sobie pomnik. Nie będzie się dzielił sławą… Własne myśli, że można wykorzystać coś z wcześniejszych rozwiązań, zdecydowanie odrzuca.

***

Osoby biorące ster oświaty powinny mieć dużo pokory i rozsądku równocześnie, by nie zaczynać wszystkiego od początku. Proponuję wycieczkę do okresu  międzywojennego. W Ustawie z 1 lipca 1926 r. można przeczytać. Nauczyciel stały, posiadający studia wyższe, zakończone przepisowymi egzaminami, otrzymuje po trzech latach stałej służby tytuł „profesora”.

Wystarczyło wykształcenie, praktyka i uzyskana wcześniej ocena kwalifikacyjna. Proste i pozbawione obowiązującej obecnie „próżnej mitręgi”. Mam wrażenie, że w ogóle zarządzenia i ustawy pisane były lepiej, prościej, mądrzej i zrozumiale. W tej samej ustawie z 1926 r., zmienianej w latach 1933 i 1938, jest Art. 4: Nauczycielem może być mianowany obywatel polski o nieskazitelnej przeszłości. To jedno zdanie zawiera życzenia co najmniej pięciu (za przeproszeniem) ustępów Karty Nauczyciela z 1982 r. z późniejszymi zmianami: o przestrzeganiu podstawowych zasad moralnych (niestety, nie precyzuje, które zasady są podstawowe); o konieczności posiadania obywatelstwa polskiego; o wymaganiu pełnej zdolności do czynności prawnych; o braku przeszkód do korzystania z praw publicznych; i czy przypadkiem nie wszczęto postępowania karnego lub o ubezwłasnowolnienie.

Zacytowany Art. 4 Ustawy z 1926 r., mieszcząc w sobie (za przeproszeniem) pięć powojennych ustępów, pozostaje otwarty…, a owo zapomniane trochę słowo „nieskazitelność” jest bardzo pojemne.

Andrzej Bieniak, Towarzystwo Kultury Technicznej