Partia wywodząca się z ruchów ekologicznych była jeszcze niedawno u władzy w Niemczech, a jej lider zajmował ważne stanowisko ministra spraw zagranicznych. W Polsce tak wysoko nie zaszedł żaden ruch polityczny związany z ekologią, ale zaraz po wybuchu demokracji kilka partii zwanych „zielonymi” dobijało się do parlamentu, jednak – w przeciwieństwie do „przyjaciół piwa”- bezskutecznie. Przy okazji ostatnich wyborów było praktycznie cicho o tego rodzaju partiach, no może jedna z tych, które w Sejmie się znalazły, włączyła jakiś ruch na swoje listy.

Wydaje się, że obecność w parlamencie pewnej reprezentacji osób szczególnie zatroskanych o środowisko byłaby ze wszech miar korzystna. Kto mógłby ich reprezentować?

Zacznijmy od tych sławnych i skutecznych. Jakoś sobie nie wyobrażam, że mieszkańcy ekologicznej Suwalszczyzny, a zwłaszcza Augustowa poparliby kandydata, który wcześniej „wisiał na drzewie” nad Rospudą i skutecznie zablokował budowę ważnej nie tylko dla nich obwodnicy. Częściowo już była i był projekt konstrukcji wysoko nad bagnem. Sprawę odkręcono i nadal przybywa grobów ofiar zabitych przez TIR-y, a obwodnica ciągle w budowie.

Podobna niechęć jest w stosunku do walczących o poszerzenie terenu Białowieskiego Parku Narodowego (po części to osoby tożsame z „rospudowcami”). Niedawno byłem w gminie Narewka na Podlasiu i mogłem się przekonać, jak bardzo mieszkańcy tego regionu są niechętni tej koncepcji, a jeszcze bardziej – jak nie chcą nawet widzieć siewców tej idei. Na swój sposób protestują przeciwko niej nawet białowieskie symbole - żubry. Największe stado żyjące na wolności nie chce „mieszkać” w Białowieskim Parku Narodowym, lecz wybrało Leśny Kompleks Promocyjny Puszcza Białowieska - administrowany przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Białymstoku.

Podobnie do białowieskich zachowują się żubry bieszczadzkie. One też nie uwielbiają terenów Bieszczadzkiego Parku Narodowego (BPN). Ich podstawowe stado żeruje w lasach Nadleśnictwa Lutowiska. Prawdopodobnie wykaszana systematycznie przez leśników młoda trawa bardziej im smakuje niż przerośnięte badyle na objętych ochroną parkowych terenach. Nie przypuszczam też, aby człowiek nazywający siebie ekologiem znalazł posłuch w społeczeństwie gminy Lutowiska, której 50% terytorium zajmuje BPN. Postarał się o to sam minister środowiska, który doprowadził do przekwalifikowania gleb parku na gorsze i samorząd tej najmniej zaludnionej gminy w Polsce stracił prawie 2 mln zł rocznej dotacji z tytułu tzw. utraconych korzyści.

Za sprawą ekologów trudno hodować owce w Bieszczadach. Wilki jakby wiedziały, że nie wolno do nich strzelać. Tak się rozmnożyły, że wytrzebiły liczne tam niegdyś stada dzików, a bez tych ostatnich trudno o racjonalną gospodarkę leśną. Ekolodzy są w niełasce u właścicieli stawów rybnych, bo chronią żarłoczne kormorany, a nawet u osób nękanych przez powodzie, bo chronione bobry niszczą wały ochronne.

Kiedyś usłyszałem, że największymi wrogami ekologii są tzw. zieloni i jest w tym chyba wiele racji. O ośmieszenie zasłużonej organizacji Greenpeace zadbali rzeczywiście sami „zieloni”, gdy na chłodni kominowej emitującej do atmosfery parę wodną napisali protest przeciwko emisji CO2. Udowodnili jedynie, że umiejętności wspinaczkowe nie idą w parze z wiedzą ogólną. Wiedzą dysponują zazwyczaj organizacje wyspecjalizowane w blokowaniu wszelakich inwestycji (przypominam „Złote tarasy” w centrum stolicy) w celu wyegzekwowania specjalnej opłaty na ich rzecz zwanej ekoharaczem. To jednak wiedza szczególna, a korzystanie z niej najbardziej szkodzi prawdziwym obrońcom środowiska, których jakoś mało widać.

Henryk Piekut