Utylizacja i recykling zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (ZSEE) stały się nową gałęzią biznesu. Statystyki rosną z roku na rok, stworzono system obejmujący cały czas życia produktu. Niestety, spoza jego reguł coraz wyraźniej widać fikcję, a sporo rzekomych korzyści pozostaje tylko na papierze. Dlaczego to nie działa, jak powinno?


Trudno w Polsce o branżę, która wykazałaby w ostatnich latach tak imponującą dynamikę. Co roku wprowadza się 0,45-0,55 mln t nowych artykułów elektrycznych powszechnego użytku. Nabywcy pozbywają się starych. Niezależnie od koniunktury na rynku pierwotnym (od 2009 r. sprzedaż nieco spada), branża ZSEE gwałtownie rośnie.

Pojawiła się wskutek ustawy z 29 lipca 2005 r. (nowelizowanej w 2008 r.), a ta jest następstwem przyjęcia Dyrektywy 2002/96/WE, która ustawiła poprzeczkę bardzo wysoko: w zależności od grupy produktowej należy docelowo osiągnąć 50-80% recyklingu i 70-80% odzysku materiału. Państwa UE powinny dojść do 4 kg przetwarzanych rocznie ZSEE na każdego mieszkańca. Elektrosprzęt podzielono na 10 grup, z których „najcięższa” jest pierwsza – duże urządzenia AGD (wagowo ok. 50-59% zużytego, przetwarzanego sprzętu).

CZYNNIK NAPĘDOWY
Idea jest taka, by system sam się napędzał, finansowany z jednej strony „opłatą recyklingową”, stanowiącą część ceny każdego nowego produktu (fachowo zwaną KGO – kosztem gospodarowania odpadem, od 1 stycznia 2009 r. obowiązkowo wyszczególnianym w cenie), z drugiej – zyskami ze sprzedaży materiałów i elementów otrzymanych w recyklingu. Natomiast zużyty produkt przekazywany ma być między ogniwami tego łańcucha nieodpłatnie.

Wprowadzający nowy wyrób podpisuje umowę z animatorem całości – organizacją odzysku (obecnie jest ich 8), przekazując mu KGO proporcjonalną do swojej sprzedaży. Z tego organizacja finansuje zakłady zbiórki i przetwarzania odpadów, a te ostatnie rozliczają się ze specjalistycznymi recyklerami (np. producentem granulatu tworzyw lub hutą). Transport najczęściej jest organizowany przez zakłady przetwarzania. Ustawa specyfikuje wymagania co do poziomu zbierania, odzysku i recyklingu w każdej z 10 kategorii (odpowiadającej klasyfikacji europejskiej). Kluczową rolę pełni „organizacja odzysku”, która powinna dbać, by w systemie były właściwe proporcje finansowania między acces to waste fee (AWF, czyli zbiórką i magazynowaniem) a rozwijaniem technologii przetwarzania oraz utylizacją substancji niebezpiecznych. Ze swoich przychodów 5% powinna poświęcić na kampanie edukacyjne.

W praktyce właściciel zużytego wyrobu przekazuje go do gminnego lub prywatnego punktu zbiórki, albo też – przy kupnie nowego – oddaje sprzedawcy. W kategorii AGD najwięcej jednak sprzętu trafia do skupów złomu, znacznie mniej – do sklepów, jeszcze mniej zostaje u serwisantów.

Już na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to rynek konkurencyjny, tzn. w interesie finansującego system nie jest podniesienie jakości usługi odzysku i recyklingu w celu wyprzedzenia konkurencji, lecz tylko obniżka kosztów. Im niższy koszt jednostkowy przetworzenia, tym łatwiej wywiązać się z obowiązku. Z kolei klient, na którego ostatecznie spada koszt KGO, nie ma żadnego wpływu na wybór usługodawcy. Przy tak specyficznych właściwościach nietrudno o patologie.

PATOLOGICZNE ELDORADO
Najbardziej szkodliwą jest fałszowanie dokumentów. Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową stwierdził w 2008 r., że ilość odpadów, które rzeczywiście się przetwarza, jest o 40% mniejsza od wykazanej w dokumentach, a więc zbiera się nie oficjalne 1,5 kg na osobę, lecz zaledwie 0,9 kg. Firmy przedstawiają fikcyjne poświadczenia wysokości zbiórki lub przetwarzania, zawyżając masę odpadów. Ponieważ koszty przetwarzania są bardzo zróżnicowane, wykazuje się więcej „trudniejszych”, wyżej opłacanych, gdy w rzeczywistości było ich mniej. W efekcie prowadzi to do zakłamania całego systemu i ukrycia jego rzeczywistej efektywności.

Jak podaje IBnGR, przetworzenie 1 kg lodówki kosztuje ok. 90 gr (40 - przetwarzanie, 30 - odzysk, 20 – transport). Są firmy, które deklarują kilkanaście groszy. Taki „recykling” można prawidłowo wykonać tylko na papierze, ale wprowadzający chętnie podpisuje umowę z taką organizacją. Uczciwa firma jest z rynku wypierana, freon wędruje do atmosfery. Taki proceder, zdaniem Janusza Ostapiuka, dyrektora ERP Polska Organizacja Odzysku SA, nasilił się szczególnie w latach 2007-08, kiedy to na rynek weszli nowi gracze oferujący ceny, według których nie ma szans na prawidłowe zbieranie i przetwarzanie odpadów. W efekcie, zdaniem J. Ostapiuka z systemu odpłynęło co najmniej kilkadziesiąt milionów złotych, wracając do producentów, którzy zamiast płacić np. 24 gr za kilogram sprzętu wprowadzonego na rynek, płacą 10-15 gr.

Niezbyt szczęśliwym pomysłem wydaje się podział na kategorie, np. w pierwszej znajdują się tak różne wyroby jak lodówki, pralki, monitory czy telewizory, o bardzo różnych kosztach przetwarzania. Producent np. pralek i lodówek zbiera jedynie pralki czy zmywarki, których koszt przetwarzania jest najniższy. Wywiązuje się z obowiązku zebrania określonej masy sprzętu w danej grupie, chociaż w ramach tej grupy proporcje wytwarzania ma zupełnie inne.

Co się dzieje z „najdroższym” sprzętem? Zostaje poddany uproszczonemu, niepełnemu przetwarzaniu lub zalega na hałdach, zanieczyszczając środowisko szkodliwymi substancjami, bo koszt jego przetworzenia jest wysoki właśnie z powodu konieczności unieszkodliwienia tych substancji. Tak też rodzi się „szara strefa” demontażu niezgodnego z przepisami, bo prowadzonego w nieprzystosowanych do tego zakładach. Niektóre organizacje odzysku, jak ERP, podpisują z zakładami umowy na audyt techniczny, ale nie każdy zakład chce się mu poddawać (nie musi). Sprzęt do przetwarzania jest kosztowny; np. aby prawidłowo przetworzyć lodówkę, trzeba wydobyć freon z agregatu (40%) i z pianki poliuretanowej (60%). Są w Polsce tylko dwie linie technologiczne, które wydobywają freon z pianki PUR, o zdolności 4 tys. t lodówek rocznie. Każda z tych linii kosztuje kilka mln euro. Jeżeli rocznie do recyklingu trafia ok. 0,5 mln lodówek, to stanowi to masę ok. 22 tys. t. Co dzieje się z różnicą tych wielkości, można się domyślać.

WTÓRNY RYNEK?
Dyrektor Ostapiuk dodaje jeszcze jedno: w ostatnich latach rozwija się handel zużytym sprzętem. Kto żyw, usiłuje go sprzedać zakładom przetwarzania, które jak powietrza potrzebują „wsadu”. Żadna sieć handlowa nie oddaje już ZSEE darmo, choć sprzedaż jest sprzeczna z ustawą! Zdarzają się podobno oferty nawet 750 zł za tonę lodówek. W efekcie narasta spekulacja: wobec malejącej podaży zbieracze gromadzą sprzęt, by go sprzedać z większym zyskiem pod koniec roku. Zachęca do tego już dość wysoki poziom obowiązkowej zbiórki (35%) oraz duża opłata produktowa (do 1800 zł/t).

Zachętą do tych nieprawidłowości jest zbyt mało skrupulatna kontrola ze strony Wojewódzkich Ośrodków Inspekcji Ochrony Środowiska. Nie dysponują one odpowiednią liczbą kontrolerów, mandaty w wysokości kilkuset złotych nikogo nie odstraszają, a kontrole są zbyt wyrywkowe i nie mogą ujawnić nieraz skomplikowanych powiązań między organizacją odzysku, zakładem przetwarzania i recyklerem. To wszystko sprawia, że patologie rynku odpadów będą się pogłębiać, a straty w środowisku, czyli straty nas wszystkich – rosnąć, jeżeli nie nastąpi zdecydowane przeciwdziałanie.

OKIEŁZNAĆ ŻYWIOŁ
Postulaty, które mają wskazać uzdrowienie sytuacji są kierowane m.in. przez IBnGR zarówno do Głównego Inspektora Ochrony Środowiska, ustawodawcy, jak i władz lokalnych. Aby usunąć chaos i ułatwić kontrolę, proponuje się wprowadzenie informatycznego systemu rejestracji, który zestawi ilość i rodzaj zebranego sprzętu ze sprzętem przetworzonym i ilością oraz rodzajem frakcji poddanych recyklingowi. To wraz z usunięciem różnic w kontrolach między poszczególnymi inspektoratami poprzez zastosowanie jednolitego schematu kontroli wydobędzie na światło dzienne wszelkie zakusy fałszowania. Ważne jest zastąpienie grup produktowych – kosztowymi (podobnie jak w systemie niemieckim) i określenie poziomów zbierania konkretnych produktów.

Za szczególnie ważne uznaje się, by do systemu wciągnąć gminy; dotąd zbiórka jest słabym punktem w działaniach lokalnych, ponieważ ustawa wyraźnie mówi, że ZSEE nie wolno zaliczać do odpadów komunalnych, a rady gminne i miejskie nie są zainteresowane innym rodzajem zbiórki, przeciwnie – czasem trzeba przezwyciężać ich opór, by utworzyć punkt zbiórki.

Ten system jest więc jakby zawieszony ponad codziennymi problemami władz lokalnych, mimo że zbiórka sprzętu – newralgiczny punkt systemu - jest sprawą przede wszystkim lokalną. Pora na uporządkowanie tej stajni Augiasza.

Zygmunt Jazukiewicz