Wbrew temu, co mówi mądrość ludowa, historia nie jest nauczycielką życia, a co najwyżej kompanem do wspomnień na długie zimowe wieczory. Czego może nauczyć się człowiek współczesny od historii, która się działa w warunkach gołębi pocztowych i konia wierzchowego, która się nie otarła o bajty czy choćby telefonię komórkową? A jednak człowiek ma naturalną skłonność, aby układać plany i projekty, na bazie historycznych doświadczeń kształtować wizje przyszłości z elementów zdarzeń, które nosi w pamięci.

Clausevitz, odnosząc tę cechę do ludzi w mundurach wskazywał, iż generałowie mają naturalną skłonność przygotowywania się do wojny minionej. Jeśli się zdarzy wyjątek i jakiś generał zdoła myśl oderwać od bitew, co były, ma wszelkie dane zostać w najbliższej wojnie zwycięzcą. W ten np. sposób współczesny popularyzator historii wojskowości, Wiktor Suworow, starał się wskazać łyżkę sensu w beczce stalinowskiej zbrodni (wymordowania w przeddzień II wojny światowej całej niemal generalicji Armii Czerwonej). Wraz z Tuchaczewskim czy Jakirem zginęła tradycja armii konnej, taczanki… Nowe kadry okazały się w sam raz na nowe czasy, nowe strategie… tak kombinuje Suworow, do czego ma - po szkodzie - prawo.

My, na szczęście, takich dylematów nie mieliśmy ani w przeszłości, ani obecnie i nawet jeśli była wiceminister obrony Maria Węgrowska ubolewa nad osłabieniem jakoby armii przez złe decyzje obecnego ministra i braki w uzbrojeniu, to się oczywiście myli. Tak jak za komuny siłą armii był sojusz ze Związkiem Radzieckim, tak obecnie jest nią sojusz z NATO i żadna decyzja resortowego ministra osłabić jej nie może.
W dziedzinie obrony jest pełna kontynuacja myśli, czego zdecydowanie nie ma w polityce zagranicznej. Tu nastąpiła radykalna zmiana i po przełomie dokonaliśmy radykalnego przewartościowania wrogów i przyjaciół. Podjęliśmy przygotowania do minionej wojny, montując sojusze przeciw zagrożeniu ze strony Rosji, która dziś akurat nie ma powodu, aby nam zagrażać. Co chciała wziąć, wzięła po wojnie, a obecnie nawet naszą suwerenność, zagrabioną wtedy jako rzecz trofiejną, zwrócił nam Jelcyn jako rzecz dla współczesnej Rosji bez wartości. Zabezpieczamy się przeciwko Rosji (która niczego od nas nie chce), starając się nawiązać bliski sojusz z Ukrainą, której pretensje sięgają po Krynicę, oraz Litwą, której pretensje sięgają po Unię w Krewie. Teraz staramy się o wyzwolenie Białorusi spod promoskiewskiego reżimu, aby mogła samodzielnie upomnieć się własnym głosem o Białystok.

Historia nie mniej ciąży na naszym myśleniu o gospodarce. Także w dziedzinie społeczno-gospodarczej znaczna część wysiłku koncentruje się na przezwyciężaniu wypaczeń oraz prostowaniu błędów, które były. W czasach komuny – dla przykładu - mocno nas uwierała omnipotencja państwa, które nad wszystkim czuwało, o wszystkim decydowało. Tworząc więc nowy ład staraliśmy się ze szczególną staranności omnipotencję państwa okroić, i to się niewątpliwie udało. Państwo dziś niewiele może - ani zapewnić obywatelom osobistego bezpieczeństwa, ani opieki zdrowotnej… nawet na emeryturę zachęca coraz śmielej ciułać we własnym zakresie. Z omnipotenta staje się z wolna impotentem, nie tracąc przy tym – co ciekawe - siły. Jak napisał niedawno Janusz Korwin-Mikke, aparat państwowy (licząc urzędników rządowych i samorządowych) zwiększył się ze 138 tys. u schyłku komuny, do 530 tys. obecnie. W czasie tylko kadencji obecnego rządy, gdy walka z biurokracją była prowadzona ze szczególną energią, kadra urzędnicza wzrosła o 70 tys.
Można podać wiele przykładów działania we współczesnych sferach życia cywilnego według zasady von Clausevitza. Wygrywamy niegdysiejsze bitwy na polu edukacji i szkolnictwa wyższego, w sferze prawa i ekonomii… Aktualnie np. toczymy zwycięskie boje o realizację celów przyjętych w czasie, gdy wydawało się, że chleba jest już dosyć i pora na igrzyska. Dziś, pochłoniętych budową stadionów, tras i boisk, niepokoi coraz więcej sygnałów, że przyszłość niekoniecznie układa się według oczekiwań. Może się zdarzyć lada moment, że naród powie dosyć igrzysk - dawać chleba!

hen