Dostrzegając szczupłość naszego jednostkowego PKB na tle państw „starej” Unii musimy jednocześnie zauważyć, że niska produktywność w Polsce jest skutkiem „wtórności” naszego produktu na rynku międzynarodowym. Brak polskiej marki oznacza również brak nowych wyrobów wyróżniających się jakością i nowoczesnością. Te cechy może nadać innowacyjne podejście do produkcji.

Ciągle chcemy konkurować tylko ceną, ale ta możliwość się wyczerpuje. Nie da się już zatem pędu do innowacji zaliczyć do modernizacyjnych fanaberii. Staje się on coraz bardziej widoczną koniecznością.

MIT GŁÓWNY: GENIALNE ODKRYCIE

Innowacyjność w potocznym rozumieniu oznacza liczbę genialnych wynalazków w stosunku do liczby zatrudnionych. Ten mityczny pogląd wywodzi się jeszcze z XIX w., kiedy to ważny wynalazek był szybkim następstwem odkrycia naukowego. Dwadzieścia lat po odkryciu elektromagnetyzmu przez Oersteda wszędzie już instalowano telegrafy, promienie X odkryte przez Roentgena w 1895 r. zostały trzy lata później zastosowane do celów medycznych – ich znaczenie praktyczne było oczywiste, równie szybkie było zastosowanie świeżo odkrytego radu itd. Dziś nauka i technologia są bardzo daleko od siebie.

Odkryć naukowych dokonuje się w sferze wysokiej abstrakcji, wynalazków – w praktyce przemysłowej. Innowacyjność oznacza po prostu zdolność gospodarki do generowania nowych wyrobów, na co nauka oczywiście może mieć przełożenie, ale w ramach dość skomplikowanego systemu. Nowy produkt mający cechy wynalazku coraz częściej wynika w sposób naturalny z doskonalenia starego, a nie z nowego, genialnego pomysłu. Od lat jednym z częściej patentowanych w Polsce wynalazków i wzorów użytkowych są… nowe typy szczoteczek do zębów! Pomysłów wcale nie brakuje, przeciwnie – jest ich nadmiar, ponieważ liczba wykształconych i zainteresowanych techniką ludzi przerasta dziś możliwości wdrożeniowe (w XIX w. wynalazców można było liczyć na tysiące, dziś – na dziesiątki milionów). Ze statystyk wynika, że większość corocznie patentowanych na świecie wynalazków nigdy nie będzie zastosowana w praktyce (upowszechnia się ok. 1/3 tej liczby).

MIT „INNOWACYJNEGO” NARODU

Porównując rozmaite kręgi cywilizacyjne, niektórzy dochodzą do przekonania, że istnieją narody bardziej innowacyjne czy pomysłowe od innych. Jest to pogląd nieuprawniony, gdyż innowacyjność nie jest funkcją jakichś wrodzonych cech narodowych, lecz sprawą organizacji gospodarki. Społeczeństwa Dalekiego Wschodu były uważane za niezwykle tradycjonalne i zamknięte, a tamtejszy system polityczny – za zmurszały od stuleci. Jednak w wyniku synergii nowych i starych zjawisk cywilizacyjnych nagle gospodarki tych regionów stały się niezwykle innowacyjne. Mieszczańska Europa Zachodnia, przywiązana do konserwatywnych wartości i niechętna modernizacji, wytworzyła najbardziej innowacyjną gospodarkę w historii i dokonała rewolucji przemysłowej. Polacy uważani są za pełnych fantazji i inwencji, ale z tą innowacyjnością to u nas słabo. Grecja – najbardziej innowacyjny naród starożytności - później stała się synonimem upadku i regresu itd.

Po prostu odsetek talentów twórczych jest wszędzie taki sam (co zresztą wykazują badania socjologiczne), a więc innowacyjność nie może być od ich liczby zależna. Zresztą ludzie w ogromnej większości boją się rzeczy nowych i nieznanych, preferują produkty swojskie i sprawdzone. Ta nieufność w krajach takich jak Polska jest silna, bo nauczono nas, że nowinki często są dziełem oszustów, a w czasach „realnego socjalizmu” były inicjatywą tandeciarzy od „produkcji antyimportowej” i rozmaitych ersatzów. „Wyrób czekoladopodobny” też był wynalazkiem, a każdy kiedyś słyszał uwagę: „tylko bez wynalazków!”. W państwach takich jak Niemcy czy Japonia nowy produkt uznawany za specjalność krajową cieszy się szacunkiem i zaufaniem, a więc ma większą szansę na sukces.

MIT PATENTOWY

Koronnym dowodem na kiepską innowacyjność ma być znikoma liczba patentów corocznie uzyskiwanych z Polski w Urzędzie Patentowym RP oraz w Urzędzie Europejskim. W rzeczywistości jednak słaba aktywność patentowa ma zupełnie inne przyczyny. Zgłoszenie wniosku patentowego do UP RP kosztuje (w formie elektronicznej) 500 zł. Za ochronę płaci się początkowo 480 zł rocznie, później ta cena nieco spada, by następnie wzrastać do 1550 zł w 20. roku. Uzyskanie 20-letniego patentu europejskiego w EUP na wszystkie państwa należące do Konwencji o tym patencie kosztuje ok. 4 tys. euro. Do tego trzeba doliczyć honoraria dla kancelarii patentowej, koszty tłumaczeń i inne drobniejsze opłaty. Każdy poważniejszy wynalazek jest obwarowany najczęściej kilkoma, a nawet kilkunastoma patentami, można więc sobie wyobrazić, o jakie kwoty tu chodzi.

Tymczasem w Polsce wynalazki przeważnie są dziełem pracowników instytutów badawczych oraz amatorów-hobbystów. Patentowanie zwyczajnie im się nie opłaca. Tylko niektóre placówki badawcze (zwłaszcza działające w dochodowych obszarach, jak przemysł paliwowy) czerpią zyski ze sprzedaży licencji.
Większość nie ma komu sprzedać patentu, nie widzi więc potrzeby, by inwestować pieniądze, a zwłaszcza swój czas, w patentowanie. Faktyczna liczba wynalazków dokonywanych w Polsce wielokrotnie więc przewyższa liczbę patentów. Innym błędnym przekonaniem jest przypisywanie opatentowanemu wynalazkowi wartości ekonomicznej. Patent nie decyduje o tym, czy przyniesie zysk, ponieważ zysk rodzi się na rynku, a wynalazek nie jest produktem rynkowym. Jest nim dopiero powtarzalny wyrób w sklepie.

POTRZEBA MATKĄ WYNALAZKÓW

To banalne stwierdzenie odeszło już do historii. Znaczna część wynalazków to rozwiązania, których zastosowanie praktyczne jest niewiadome, ponieważ powstają z dala od rynku. Rośnie też kategoria gadżetów, czyli przedmiotów obiektywnie niepotrzebnych, na których jednak można nieźle zarobić, o ile uda się wykreować potrzebę ich posiadania. Ryzykowne byłoby twierdzenie, że papierosy wynaleziono, ponieważ istniała pilna potrzeba zaciągania się.

Kreowanie potrzeby następuje równolegle z rozwojem wynalazku. Może się nie udać. Z tego powodu przemysł tak niechętnie i podejrzliwie podchodzi do wynalazczości.
Wdrożenie wymaga ogromnych nakładów bez gwarancji zwrotu. Cały wieloetapowy proces – od pomysłu do produktu rynkowego - to bezustanne wydatki, z których jednym z największych i najbardziej lekceważonych jest reklama. Ryzyko takiej inwestycji powoduje, że poważny bank tylko z ogromnymi oporami może dać kredyt na genialny wynalazek. Nieprzypadkowo głównym warunkiem jest przedstawienie analizy rynku, a nawet „listów intencyjnych” i konkretnych adresatów produktu. W istocie bank nie kredytuje wynalazczości, lecz produkcję, której zbyt jest gwarantowany. Stopień innowacyjności jest tu bez znaczenia. Mitem jest więc wyobrażenie, że genialny patent natychmiast wszystkich rzuci na kolana i otworzy kasę. Jest to zwyczajna inwestycja rynkowa. Tylko przy takim podejściu można wrócić do normalności, czyli do czasów,gdy potrzeba była „matką wynalazków”.

OD POMYSŁU DO PRZEMYSŁU

Jedną z przyczyn innowacyjnej porażki polskiej gospodarki jest głęboko utkwione przekonanie, że „ścieżka wdrożeniowa” jest właśnie taka: ktoś wpada na genialny pomysł, który stopniowo konkretyzuje i po wielu perypetiach dochodzi do prototypu, następnie znajduje producenta, uzyskuje wyrób powtarzalny, z którym trafia na rynek, i szuka klienta.

W gospodarce państw wysoko rozwiniętych kierunek jest odwrotny: pomysł rodzi się z obserwacji rynku i jego analizy. Specjaliści, którzy tego dokonują, są w ścisłym kontakcie z branżowcami obeznanymi z daną kategorią produktów w codziennym użytkowaniu, doskonale znają ich mocne i słabe strony, mogą wskazać braki lub oczekiwane dodatkowe własności. Następnie przeprowadza się rozeznanie, kto i na jakich zasadach jest w stanie nowy wyrób wytworzyć, w końcu – szuka się autorów projektu innowacyjnego. W ten sposób cały proces zostaje opanowany logistycznie, zanim zjawi się pierwsza kreska na projekcie wynalazczym. Objawem takiego właśnie rynkowego podejścia jest rosnąca rola designu oraz wzoru przemysłowego. Z punktu widzenia klasycznego „wynalazcy” nie ma on żadnego znaczenia, dla wynalazcy nowoczesnego jest to podstawa sukcesu, ponieważ wie, jak potężnym czynnikiem powodzenia jest jakość „oprawy” produktu. W Polsce zbyt wielką wagę przykłada się do „treści technicznej”, nie docenia „wartości artystycznych”. Na rynku „treść techniczna” zmienia się bardzo wolno, za to design i detale użytkowe – co roku.

MIT ZACHODU

Kompleks niższości technologicznej podpowiada, że „na Zachodzie” wszystko już zrobiono i to lepiej niż jesteśmy w stanie zrobić u siebie. Do tego gospodarka polska dławi się dziś od napływu zagranicznych technologii, które ją zdominowały wraz z prywatyzacją kapitałową. Ta sytuacja oznacza skazanie na wtórność i zależność od przemysłowych potęg. W warunkach XXI w. przekonanie o nieusuwalnej niższości jest mitem, gdyż technologia cyfrowa znacznie ułatwiła i przyspieszyła wprowadzanie nowych technologii oraz wyrównała szanse wielu państw. Stworzyła również wspólny język oprogramowania ułatwiający kooperację.

Polskie instytuty badawcze nie są potęgami światowymi, ale często dysponują możliwościami opracowania projektu (we współpracy z firmą) na światowym poziomie. Ocenia się je gorzej niż na to zasługują. Brakuje po prostu odpowiednich zleceń. Piłka jest więc po stronie przemysłu, który musi zgłosić zapotrzebowanie, postawić zadanie. Tego niestety często nie potrafi albo nie ma pieniędzy. Wspiera go więc rząd i Unia Europejska, np. z Programu Operacyjnego „Innowacyjna Gospodarka”. Ale co robi firma, która zauważy, że są „do wzięcia” jakieś dotacje? Czasem stara się po prostu wymyślić projekt, którego przyszłe powodzenie jest niepewne. Być może instytucje dysponujące dotacjami powinny utworzyć komórki studiów rynkowych, by móc rozpisywać konkursy na rozwiązanie konkretnych problemów, jakie z produktem ma klient.

Cała ta mitologia wynalazcza jest obezwładniająca do tego stopnia, że właściwie nie wiadomo od czego zacząć, by się jej pozbyć. A jeżeli nie wiadomo od czego zacząć, to dobrze zacząć od szkoły.

Specjalistów od inwentyki, biznesu high-tech oraz od wprowadzania nowych produktów na rynek praktycznie się u nas nie kształci. Nie ma takiej firmy, której przedsiębiorca może zlecić przygotowanie koncepcji nowego produktu łącznie z jego logistyką. W pierwszych latach PRL-u, na fali tworzenia nowych instytucjonalnych ciał postulowano również organizację Państwowego Instytutu Wynalazczości (sic!). Może to wcale nie było takie głupie.

Zygmunt Jazukiewicz