Jednostki badawczo-rozwojowe nieczęsto chwalą się przychodami pochodzącymi ze sprzedaży licencji i wdrożenia wynalazków, które pod ich dachem powstały. Główne powody są prawdopodobnie dwa. Funkcjonują jednostki, których pracownicy niewiele wymyślili, nie mają więc czego sprzedawać, ale są zapewne i tacy szefowie jbr-ów, którzy – chyba niesłusznie - obawiają się, że szczycenie się takimi przychodami może ograniczyć im statutowe dotacje.

Takich obaw nie ma profesor Maria Ciechanowska, dyrektor Instytutu Nafty i Gazu w Krakowie, która pochwaliła się niedawno publicznie, że przychody INiG ze sprzedaży licencji są bliskie poziomowi dotacji na działalność statutową i wynoszą ok. 15% rocznych wpływów do instytutowej kasy. Pani dyrektor nie ukrywa, że te „licencyjne” przychody wypracowali głównie pracownicy Pionu Technologii Nafty, który do końca 2007 r. funkcjonował jeszcze jako samodzielna jednostka.

RECEPTA NA SUKCES
Wieloletni dyrektor skonsolidowanego z INiG Instytutu Technologii Nafty im. profesora Stanisława Pilata mgr Winicjusz Stanik wspomina, że już po dwóch latach pracy w instytucie mógł się pochwalić udziałem w pierwszym wdrożeniu. Przez blisko 40 lat swojej pracy ma udział w ok. 120 patentach, z tego 80% zostało wdrożonych przez przemysł. Korzystały z nich wszystkie polskie rafinerie – włącznie z tymi, które już wyłączono z produkcji, a także zagraniczne koncerny.

Mgr Winicjusz Stanik wymienia kilka czynników, które decydują o tym, że jbr, a przy okazji jego pracownicy, mogą zarobić na swoich wynalazkach. Po pierwsze musi być dobry pomysł zawierający rzeczywiście coś innowacyjnego – dającego się opatentować. Można go jednak mieć w sytuacji, gdy się zna uwarunkowania i potrzeby przemysłu, dla którego się pracuje. Ponadto wdrożenie musi się opłacać jednostce wdrażającej. Na końcu jest jednak klient, który musi zechcieć dany produkt kupić i ma być z niego zadowolony. Mgr Stanik dodaje, że producenci lubią kupować rozwiązania proste, bo te bardziej skomplikowane oznaczają zazwyczaj zbyt duży wzrost kosztów produkcji, a tego nikt nie chce.

Twórca musi umieć wszystko przełożyć na uwarunkowania rynkowe i mieć z tego, co wymyślił, profity. Bezpośrednich zysków nie przynosi zazwyczaj udział w krajowych i międzynarodowych konkursach wynalazczości. Medal zdobyty na wystawie w Brukseli czy Paryżu to jednak akcja promująca zarówno twórcę, jak i jego produkt. To głównie dzięki nagrodom i medalom Winicjusz Stanik otrzymuje wiele propozycji współpracy przy rozwiązywaniu trudnych problemów dotyczących paliw, a INiG jest włączany do celowych konsorcjów.

Niewykluczone, że za kilka miesięcy pośrednikiem w sprzedaży instytutowego patentu będzie jedna z polskich politechnik. Do niej właśnie zwrócił się zagraniczny producent silników o skomponowanie oryginalnego paliwa. Jednym z istotnych jego składników będzie prawdopodobnie dodatek, który powstał przy udziale pracowników Pionu Technologii Nafty INiG.

NIE ZAWSZE POTRZEBA JEST MATKĄ
Mgr Stanik może przytoczyć kilka przykładów, gdy o wdrożeniu zadecydował przypadek. Podczas przerwy obiadowej podczas pewnej konferencji dyrektor firmy produkującej materiały wybuchowe zapytał, czy u niego możliwe byłoby wytwarzanie dodatku paliwowego zawierającego azot. Dzięki temu firma z Krupskiego Młyna (była w branży zbrojeniowej) jest obecnie drugim w Europie producentem dodatków poprawiających liczbę cetanową olejów napędowych i czerpie z tego zyski, a INiG otrzymuje swoje za licencję.

Wicedyrektor INiG dr inż. Iwona Skręt, kierująca Pionem Technologii Nafty, może wskazać kilka przykładów, gdy jednak potrzeba była matką wynalazku, bo nowy produkt powstawał z inicjatywy późniejszego jego wytwórcy. Tak było np. z obecnymi na stacjach PKN ORLEN jakościowymi paliwami typu Verva. Po prostu menedżerowie z płockiego koncernu zechcieli mieć produkt o parametrach porównywalnych z paliwami V-Power oferowanymi przez firmę Shell. Paliwa Verva powstały przy udziale technologów z Płocka, ale jego obecna powszechność nie oznacza wcale zaprzestania prac w INiG nad doskonaleniem paliw.

Na rynku byłyby już prawdopodobnie dostępne, opracowane w IniG, oleje napędowe z udziałem nowej generacji biopaliw, gdyby urzędnicy z Ministerstwa Finansów postarali się wesprzeć tę inicjatywę ulgami podatkowymi. Na razie są zbyt zajęci łataniem dziury budżetowej, aby pomyśleć o ograniczeniu importu drogiej ropy.

W INiG myśli się natomiast od kilku lat o produkcji biopaliw z surowców niebędących ogniwem w łańcuchu żywnościowym (np. nie rzepak, a słoma rzepakowa). Jest na to pewna nadzieja, że coś powstanie.
Bywa, że naukowcy z INiG są proszeni o poprawienie czegoś, co inni sprzedali, ale w polskich warunkach nie funkcjonuje. Tak było w przypadku instalacji przetwarzającej oleje przepracowane w Rafinerii „Jedlicze” SA. Jej poprawienie przez zespół dr Iwony Skręt nie tylko umożliwił funkcjonowanie instalacji, a przez to poprawę wyników finansowych „Jedlicz”, ale opracowanie zostało dwa lata temu uhonorowane nagrodą w prestiżowym Konkursie „Polski Produkt Przyszłości” oraz „Teraz Polska”.

***

W czasie swej obecności w krakowskim instytucie słyszałem pracę kilku silników spalinowych testujących coś nowego. Co to było, żaden z moich rozmówców nie chciał zdradzić, ale z uśmieszkiem sygnalizowali, że zanosi się na kolejną licencję i spektakularny sukces. Mgr Winicjusz Stanik trochę się żali, że wynalazcy mają kłopot z mówieniem prawdy. Na konferencjach naukowych czy nawet w rozmowach z partnerami biznesowymi nie mogą mówić o szczegółach, bo stracą szansę na sprzedaż licencji. – Rozmawiamy półgębkiem, przez zęby, żeby nie powiedzieć wszystkiego.
Wynalazcy mają kłopoty z publikacjami, pisaniem o tym, co wymyślili. Dlatego właściciele patentów rzadko mogą się chwalić stopniami i tytułami naukowymi. Mają czasem inne problemy. Znany naukowiec z Politechniki Wrocławskiej opublikował w anglojęzycznym piśmie naukowym wyniki swoich prac nad technologią odzyskiwania uranu z fosforytów (sam ją wdrożył i stosował w „Policach” w latach 80.) i ma z tego powodu kłopoty do tej pory.

Henryk Piekut